RSS
 

„Wołanie Kukułki”, czyli kryminał w świecie mody

26 kwi

wkuku

Ludzie piszą książki z różnych powodów. W przypadku literatury uznawanej za popularną może być to chęć zdobycia rozgłosu/prestiżu, potrzeba przekazania jakiejś historii, czy też swoista odskocznia od rzeczywistości. Niektóre gatunki zwiększają szanse na uzyskanie szerokiego grona odbiorców. Wielu autorów próbuje więc swoich sił. Efekty są różne.

Nie tak dawno świat literatury zelektryzowała wieść o pojawieniu się na rynku nowego autora kryminałów. O Wołaniu kukułki mówiło się jednak głownie w kontekście utrzymywania w tajemnicy prawdziwego autora powieści (kto ukrywa się pod pseudonimem Robert Galbraith). Agent pisarza nie zdradzał kto zacz ( tłumacząc się podjętymi zobowiązaniami). Sprzedaż Wołania kukułki była jednak na tyle mizerna, że agent postanowił ujawnić kto jest prawdziwym autorem. Słupki statystyczne nagle skoczyły, bo książkę napisała znana osoba, poruszająca się jednak w zupełnie innym kręgu literatury. O tym jednak na końcu tekstu.

Powieść nie grzeszy zbytnio oryginalnością. Czytelnik otrzymuje dość standardowy kryminał z prywatnym detektywem w roli głównej. Były wojskowy z problemami osobistymi i zdrowotnymi prowadzi własną agencję detektywistyczną. Nie przelewa mu się. Nie stać go nawet na profesjonalną sekretarkę (zatrudnia osobę z agencji pracy tymczasowej). Sypia w biurze. Kiedy trafia mu się nietypowa sprawa, mimo sceptycyzmu podejmuje się jej. Dochodzenie jest dość ślamazarne. Jedynym w sumie ciekawym elementem jest przekonujące przedstawienie świata mody modelingu niejako „od kuchni”. Główny bohater nie pasuje do tego świata, ale jako człowiek nie związany w żaden sposób z branżą nie wzbudza nieufności. Londyńskie klimaty też nie są bez znaczenia, budują nastrój (możliwe chandlerowskie skojarzenia). Niestety powieść powiela wyprany schemat: ofiara, dochodzenie, wykrycie sprawcy. Wołanie kukułki nie zaskakuje. Umiarkowanie trzyma w napięciu, zawiera kilka nieoczekiwanych zwrotów akcji i może zaskoczyć zakończeniem (choć uważny czytelnik zdoła je przewidzieć). Nie będę jednak zdradzać szczegółów aby nie psuć przyjemności potencjalnym czytelnikom. Jak dla mnie sprawnie napisany kryminał. Nic poza tym. Do poczytania do poduszki jak znalazł.

Na koniec wyjaśnienie tajemnicy przedstawionej na początku tekstu. Któż to taki ten Robert Galbraith? To J. K. Rowling, autorka cyklu o Harrym Potterze. Po Wołanie kukułki sięgnąłem już po ujawnieniu autora. Fakt ten jednak nie był głównym powodem (nie miał dla mnie tak naprawdę znaczenia, byłem ciekaw samego kryminału) zainteresowania książką. Jednakże w powyższym świetle postać sekretarki występującej w powieści uzyskuje ciekawy wydźwięk. Sekretarkę Robin można uznać za alter ego Rowling.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©
recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Wywrota.pl

 

„Orzeł bielszy niż gołębica”, czyli powstanie styczniowe inaczej. 

22 kwi
  • Zaliczane do literatury fantastycznej historie alternatywne są różne. Czasami są to inne, dość prawdopodobne, wersje znanych nam dziejów. Wersje, które powstają na skutek zmiany pewnych wydarzeń z przeszłości (np. powieść „Wallenrod” M.Wolskiego). Czasami to wielce nieprawdopodobne opowieści, w których wykorzystywane są odkrycia lub wynalazki o tajemniczej/nieznanej bliżej proweniencji (np. powieść „Antylód” S.Baxtera). Czasami zaś otrzymujemy coś, co z początku wydaje się mało prawdopodobne, ale przy użyciu środków rodem z fantastyki nabiera ciekawego wydźwięku. Do tej ostatniej grupy zaliczyłbym powieść Konrada T. Lewandowskiego pt. „Orzeł bielszy niż gołębica”.  

    Historia opowiedziana przez autora jest z jednej strony fantazją z elementami steampunku, z drugiej strony całkiem  prawdopodobną opowieścią o innym przebiegu powstania styczniowego (temat dość odległy w czasie, ale do dziś budzący emocje). W wersji Lewandowskiego polski zryw niepodległościowy okazuje się zwycięski. Zwycięstwo jest jednak kruche i w dłuższej perspektywie niepewne. Z ułańską niemalże fantazją, podszytą dawką racjonalizmu, autor kreuje intrygującą wersję historii powstania i walki o utrzymanie niespodziewanego sukcesu. Bezwzględna wojna szpiegów, intrygi, niespodziewane zwroty akcji, niezwykłe ale prawdopodobne wynalazki (pędnia Łukasiewicza), polityczne „zapasy” i nieco naukowego „sosu” może sprawić, że wciągniemy się bez reszty w świat opisywany przez pisarza. Ciekawym zabiegiem jest powiązanie snutej opowieści z naszą rzeczywistością (co doprowadza do oryginalnego zakończenia). Nie będę jednak zdradzał szczegółów, aby nie psuć przyjemności z lektury.  

    Wbrew pozorom nie jest to powieść stricte rozrywkowa. Autor niejako pochyla się nad kilkoma polskimi wadami narodowymi. Szczególnie zwraca uwagę na nadmierny patriotyczny entuzjazm. Entuzjazm, który nie bierze pod uwagę realiów (i to nie tylko politycznych) europejskich.  Czytelnicy interesujący się historią znajdą w książce mnóstwo interesujących odwołań i „smaczków”. Dla mniej zorientowanych w tematyce na końcu książki umieszczono krótkie notki biograficzne postaci występujących na kartach powieści.  Krótka analiza zjawiska ruchu powstańczego i przybliżenie rozwoju techniki militarnej XIX wieku jest ciekawym uzupełnieniem. Warto też wspomnieć, że „Orzeł bielszy niż gołębica” ukazał się w serii wydawniczej „Zwrotnice czasu” (seria zawiera powieści, w których historia Polski potoczyła się nieco inaczej niż jest nam to znane). Przyjemnej lektury. 

    Grzegorz Cezary Skwarliński © 

    „Orzeł bielszy niż gołębica”  

    Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2013  

    Str. 424  

      

     

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje książek

 

„Przypadkowy zabójca”, czyli co słychać w szerokim świecie

03 kwi

Nowa powieść Tomasza Mroza niesie ze sobą nową jakość i… zmianę miejsca akcji. Wprawdzie kulminacja następuje w znanym miłośnikom prozy pisarza środowisku, ale wszystko zaczyna się w Wielkiej Brytanii od tajemniczych indywiduów i ciemnych spraw, do których maluczcy nie powinni mieć dostępu. Szykuje się zamach na premiera.

mroz

Po czymś na kształt kryminału w postaci Przejścia A8 i czymś na kształt horroru w postaci Fabryki wtórów autor sięgnął tym razem po konwencję thrillera politycznego. Na swój sposób jednak tę konwencję zmienił. Dodał nowe elementy i okrasił specyficznym humorem. Nie zabraknie oczywiście komisarza Wątroby (tym razem w dwóch wersjach, nie jest to jednak wizja schizofreniczna) i charakterystycznego klimatu. Nagromadzenie pozornie niezależnych wątków i bohaterów może z początku przytłoczyć i wprowadzić pewną dezorientację. Autor jednak nie gubi się w opowieści. Umiejętnie rozwija fabułę i prowadzi akcję. Wszystko ostatecznie zazębia się ze sobą i zamyka nieoczekiwanym finałem. Niektóre zwroty akcji mogą wydawać się nieco przekombinowane. Mając jednak na uwadze wprowadzenie przez pisarza do tekstu elementów metafizycznych (np. istoty z „dołu” i „góry”; wiekowy, oporny, ale bardzo witalny demon) wydarzenia układają się w logiczną całość. Niejako przy okazji dowiadujemy się, że praca policji i służb specjalnych nie różni się zbytnio w poszczególnych krajach (zniechęcenie, frustracja, podejrzliwość między funkcjonariuszami, „haki” i spychologia). W odróżnieniu do poprzednich pozycji z „cyklu” nie spotkamy (z wyjątkiem jednego epizodu) na kartach powieści „gangu Stalowego”. Nie jest to jednak wielką stratą. Zbyt wiele się dzieje, choć mały niedosyt może być odczuwalny.

Przypadkowy zabójca nie stanowi wyraźnej kontynuacji poprzednich dokonań autora. Z powodzeniem może uchodzić za samodzielną całość. Jednakże znajomość wymienionych wyżej powieści z „serii” pozwoli na lepsze zrozumienie bohaterów i głębsze wejście w klimaty jakimi Tomasz Mróz uwodzi czytelnika. Śledzę od jakiegoś czasu twórczość autora i mogę powiedzieć, że każda kolejna historia jaka wychodzi spod jego pióra przyciąga mnie jak magnes.
 

(nie)przypadkowo wrażenia spisał
Grzegorz Cezary Skwarliński ©

 

Tomasz Mróz, Przypadkowy zabójca
Oficyna Wydawnicza RW2010 2016, e-book
 

Być może ktoś cię obserwuje, czyli „Dziewczyna z pociągu” Pauli Hawkins

24 lis

Do pracy dojeżdżam pociągiem podmiejskim. Czas dojazdu często wykorzystuję na czytanie. Nie zwracam szczególnej uwagi na rozwieszone na ścianach wagonu reklamy (nawet jeśli dotyczą jakiejś książkowej pozycji). Ostatnio jednak jedna z nich przykuła mój wzrok na dłużej. Powodem nie był ani tytuł – Dziewczyna z pociągu, ani informacja o tym, że to bestseller. To umieszczona na plakacie dwu-zdaniowa rekomendacja Stephena Kinga („Znakomity thriller. Nie mogłem się oderwać przez całą noc”) na temat książki wzbudziła moje zainteresowanie. Nie ufam wprawdzie takim „skrótowcom” (nie tylko z reklam, ale też umieszczanym na okładkach książek) na temat danej pozycji, tym razem postanowiłem jednak zaryzykować. Okazja do zapoznania się z powieścią pojawiła się szybciej niż przypuszczałem.

dzp

Dziewczyna z pociągu to prosta z pozoru historia opowiedziana z punktu widzenia trzech kobiet: alkoholiczki, szczęśliwej matki i bezdzietnej (nieco niezrównoważonej) mężatki. Losy bohaterek splatają się ze sobą w wyniku różnych wydarzeń, nie zawsze przypadkowych. Jak się zaczyna? Leniwie, jak dla mnie nawet zbyt leniwie. Brnę jednak dalej w przeświadczeniu, że dobry thriller buduje napięcie powoli. Nieśpiesznie i nielinearnie prowadzona opowieść jest trochę chaotyczna, tak jak chaotyczne jest życie bohaterek. Powoli poznaję ich przeżycia,rozterki, decyzje, obawy, lęki, wyobrażenia, oczekiwania, tajemnice. Gdzieś w tyle głowy czai się zwątpienie i szepcze, że powinienem przerwać, że nie warto czytać, że się wynudzę. Przewracam jednak kolejne kartki i ku mojemu zdziwieniu wsiąkam w opisywaną historię. Nie mogę się od niej oderwać mimo, że napięcie nie należy do wysokich (stopniowo jednak narasta do zaskakującego finału). Mógłbym pisać dalej, przybliżyć bardziej akcję powieści. Nie będę jednak psuł przyjemności z lektury czytelnikom, którzy zdecydują się sięgnąć po tę książkę więc milknę.

Thriller czy kryminał? Odpowiedź nie jest łatwa. Mało tu elementów, które kojarzę z wymienionymi gatunkami. Napięcie wprawdzie jakieś jest, jednak obecność stróżów prawa nazwałbym symboliczną. Moim zdaniem Dziewczyna z pociągu to swoiste studium psychologiczne utrzymane w duchu thrillera. Wiarygodnie opisane bohaterki (zwyczajne osoby,ale niemal namacalne, niejedna z nich mogłaby być osobą z naszego sąsiedztwa) to najważniejszy z atutów. Poza tym książka wzbudza trudny do jednoznacznego określenia niepokój. Oddziałuje w zaskakujący sposób na podświadomość. Rodzą się niechciane pytania. Czy przypadkiem ktoś nas nie obserwuje z okien pociągu (a może taka osoba siedzi właśnie obok mnie)? Czy nie wymyśla własnej historii naszego życia? Nie odkrywa naszych tajemnic? Zna nas bardziej niż tego chcielibyśmy? Nie dziwię się Kingowi, że nie mógł się oderwać przez całą noc.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

Paula Hawkins
Dziewczyna z pociągu
Świat Książki 2015
str. 328
 

„Nazywam się czerwień”

07 sie

Tkwimy w kręgu zachodniej kultury przez co jest nam znana głównie literatura anglo-amerykańska, germańska, romańska i słowiańska. Dokonania literackie z innych obszarów kulturowych są słabo reprezentowane i często trudno dostępne. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że w świadomości zbiorowej są prawie nieobecne. Od czasu do czasu przebijają się jednak jakieś nazwiska. Czasami z powodu przyznanej nagrody Nobla, czasami z powodu jakiejś ekranizacji, czasami z powodu jakiegoś skandalu kulturowo-obyczajowego (np. Szatańskie Wersety Rushdiego). Rzadko bywa, że jakiś autor „wypłynie” bez wyraźnego powodu (oczywiście wyjątki istnieją, choćby Haruki Murakami). To co się dzieje w obszarze literatury w państwach islamu, z wyżej wymienionych powodów, jest w zasadzie dla większości z nas zagadką. Dlatego jak tylko nadarzyła się okazja, sięgnąłem do twórczości Orhana Pamuka. Powieść jaka wpadła w moje ręce do nowości nie należy (oryginał z 1998). Nie ma to jednak żadnego wpływu na lekturę. O jakiej książce mowa? O powieści Nazywam się czerwień

czerwien

Intrygujący tytuł nieprawdaż? Początek jest nie mniej intrygujący. Wprawdzie zaczyna się od morderstwa ale opinia trupa na temat mordercy i popełnionego czynu nie jest już standardowym posunięciem. Czy w ręku trzymamy więc kolejny kryminał (szczególnie, że coś na kształt śledztwa jest prowadzone)? A może powieść historyczną (akcja toczy się na terenie imperium osmańskiego pod koniec XVI wieku)? Można powiedzieć, że po części i to, i to. Traktowałbym jednak powyższe elementy jako swego rodzaju sztafaż literacki. Niezbędne wzbogacenie tła opowiadanej historii. O czym więc jest powieść? O miniaturzystach, ilustratorach osmańskich kontynuujących perskie tradycje i pewnej księdze (w zasadzie ilustracjach do niej), której wykonanie zlecił sułtan. Dzieło miało pokazać zachodniemu światu chwałę i potęgę władcy Imperium Osmańskiego ale ze względu na charakter stojący w opozycji do zasad religii muzułmańskiej (tekst ilustrowany miniaturami wykonanymi na zachodnią modłę, czyli sztuka figuratywna, a to w islamie jest zabronione) jego wykonanie jest utrzymywane w tajemnicy. Powstawanie owej księgi staje się pretekstem do ukazania ludzkich emocji, żądz (sława, pieniądz), rozterek (malować czy nie malować, ilustrować dla zysków czy dla sławy, czy indywidualny styl jest pożądany czy naganny) problemów i uczuć jakimi są targani bohaterowie. Oprócz zbrodni znajdziemy tu intrygę, tajemnicę, namiętny wątek miłosny, a nawet wstawki o filozoficznym zabarwieniu. Historia snuta jest przez wielu narratorów. Nie ma wyraźnie wyodrębnionego głównego bohatera. Poznajemy więc różne punkty widzenia. Nietypowe tytuły rozdziałów/części wskazują kto prowadzi w danym momencie opowieść. Szczególnie intrygujące mogą być przemyślenia wyrażane przez postaci (i rzeczy, wypowiada się nawet jedna z barw) pozornie nie mających związków z akcją ale mocno związanych z tematem miniatur. Poznamy m.in. co myśli narysowany pies, jakie zdanie ma szatan na temat ilustracji i samozachwyt czerwieni.

Niejako przy okazji autor opisuje stare perskie metody ilustrowania gdzie nie liczyło się idealne odwzorowanie rzeczywistości. Dążono do uchwycenia idei, esencji przedstawianego przedmiotu, zwierzęcia, itp. co pozwalało mistrzom malować nawet kiedy tracili wzrok (a tracili często w wyniku wieloletniego ślęczenia nad różnymi miniaturami).

Czytam różne powieści, poznaję różne historie. Niektóre z nich potrafią wciągnąć w swój świat do tego stopnia, że pochłaniam je w ekspresowym tempie. Są jednak pozycje, które z różnych powodów „smakuję” powoli. Nazywam się czerwień należy do tego grona. W tej powieści każdy szczegół jest ważny (jak w miniaturze) choć z pozoru może wydawać się inaczej. Nie ukrywam, że w przyszłości być może ponownie sięgnę po ten tytuł aby poszukać szczegółów, których nie odkryłem podczas pierwszego spotkania.

Czym więc jest Nazywam się czerwień? To powieść o sztuce, kulturze i twórcach tychże. Opowieść o kulturze odmiennej, nieeuropejskiej. Kulturze nie gorszej, choć też nie lepszej, po prostu innej. Elementarna wiedza na temat islamu może okazać się pomocna podczas lektury. Nie jest jednak niezbędna.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

 

Electroday 2. Wejherowo 20.06.2015

06 lip
W Polsce raczej nie znajdziemy zbyt wielu cyklicznych imprez poświęconych muzyce elektronicznej (szczególnie w jej klasycznym wydaniu). Poza odbywającymi się od wielu lat MPM Ambient w Gorlicach i CEMF w Cekcynie do niedawna trudno było znaleźć coś naprawdę godnego uwagi. Electroday zorganizowany w Wejherowie w 2014 dawał pewną nadzieję, że coś zmieni się w tym względzie. W zeszłym roku nie było jednak pewności czy impreza zaistnieje w kontynuacji. Pod koniec marca 2015 było już wiadomo, że ciąg dalszy nastąpi pod postacią Electroday 2. Zapowiedziano występ czterech artystów: Soundwalkera, Marka Manowskiego, Dietera Wernera i Władysława Komendarka. Druga edycja stała się więc faktem. 20.06.2015 fani dźwięków generowanych sztucznie w budynku Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie mogli ponownie cieszyć się kontaktem z klasyczną muzyką elektroniczną. Odpowiednio wcześnie upubliczniona informacja i społeczna promocja z pewnością miały wpływ na niemal całkowite wypełnienie sali. Co zapewne ucieszyło organizatorów.

 

Rozpoczął oczywiście Łukasz Sobczak ‚Soundwalker’. Nie tylko kompozytor, ale też inicjator i współorganizator ED. Zgromadzona publiczność mogła wysłuchać kilku znanych utworów różnych kompozytorów w interpretacji tegoż artysty. Występ pod tytułem Przeboje muzyki elektronicznej przywołał wspomnienia i pewnie spodobał się większości słuchaczy (co można było wywnioskować po żywych reakcjach tejże). Mi osobiście nie za bardzo przypadła do gustu interpretacja Oxygene 7 Jeana Michela Jarre’a. Główny temat był ledwie słyszalny. Być może częściowa wina leżała po stronie złych ustawień parametrów nagłośnienia, być może gdzie indziej. Poza tym zabrakło według mnie zabrakło bardzo znanego motywu z Chariots of Fire Vangelisa. Trochę szkoda, szczególnie, że wielki Grek otrzymał za muzykę do tego filmu Oscara (więc w pewnym sensie był to przebój). Bardzo możliwe, że ten brak był związany z obowiązującymi prawami autorskimi. Mimo tych „zgrzytów” występ odebrałem pozytywnie.

Po Soundwalkerze przyszła kolej na Marka Manowskiego. Nastąpiła całkowita zmiana nastroju. Muzyka pana Marka jest bardzo nostalgiczna, wręcz smutna. Przez niektórych miłośników muzyki elektronicznej pan Marek jest uważany za polskiego Kitaro. Jak dla mnie takie porównanie, choć zrozumiałe, jest jednak dość nietrafne. Artysta czerpie inspiracje z odmiennych źródeł. Trzeba przyznać, że jest ich sporo. Zaprezentowane kompozycje tchnęły spokojem, melancholią i wspomnianym smutkiem. Prezentowane zaś wizualizacje (zdjęcia robione przez kompozytora) nasilały nastroje generowane przez instrumenty. To muzyka do zastanowienia nad przemijającym światem, ulotną chwilą. Wymaga pewnego skupienia. Co bardziej wrażliwi słuchacze mogli się nawet wzruszyć. Niestety prawdopodobnie też znudziła część publiczności, bo kilkanaście osób opuściło widownię i już nie powróciło. Trochę szkoda, że występ był stosunkowo krótki.

 

Przyszła kolej na Dietera Wernera, który zaczął z „grubej rury” od swojej „wiejsko-miłosnej” historii muzycznej. Kompozycja z pewnością zaskoczyła wielu słuchaczy i wywołała uśmiech na twarzach. Twórczość tego artysty jest mi znana (kiedyś nawet skrobnąłem jakąś recenzję nt. jednej z płyt), więc nie byłem zaskoczony. Kolejne prezentowane utwory rozbrzmiewały idealnie w sali Filharmonii Kaszubskiej i nie raz powodowały podrygiwania kolana lub karku. Pomysły DW na łączenie różnych stylów muzycznych (często bardzo odległych) w jednym utworze są ciekawe i intrygujące, ale też karkołomne. Artysta jednak płynnie przechodzi pomiędzy nimi. Można powiedzieć, że czuje się w tym jak „ryba w wodzie” kiedy gra (co nieraz można było zauważyć). Bardzo ciekawy występ.

Niestety na ostatniej części, w której miał wystąpić Władysław Komendarek nie mogłem pozostać. Inne obowiązki wzywały, więc tego fragmentu nie jestem w stanie zrelacjonować. Na pewno działo się dużo, bo nieraz miałem przyjemność uczestniczyć w show jakie pan Władysław jest w stanie wykreować na scenie (szczególnie jak widzi, że publiczność żywo reaguje).

Ponownie w Wejherowie pojawili się czterej kompozytorzy, ponownie publiczność poznała cztery indywidualne spojrzenia na muzykę elektroniczną. Spojrzenia bardzo różne, poruszające ale też i porywające. Dodatkowo doznania odbiorców zostały spotęgowane wizualizacjami i odpowiednią grą świateł scenicznych. Zaistnienie Electroday 2 daje nadzieję na następne odsłony. Z wiarygodnego źródła wiem, że kierownictwo Filharmonii Kaszubskiej jest przychylne imprezie i zależy mu na kontynuacji. Niemal całkowite wypełnienie sali pozwala optymistycznie patrzeć w przyszłość. Może tym razem gwiazdą będzie ktoś zza granicy?

 

 słuchał, fotografował i relację spisał

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

(artykuł pierwotnie ukazał się na portalu wywrota.pl)

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka

 

DigitalSimplyWorld – NEUTRINO

03 lip
Wielowarstwowa muzyczna opowieść w fantastycznych klimatach.

 

Czy płodność twórcy ma wpływ na jakość dzieł wychodzących spod jego palców? Na pewno. Czy prawdziwa jest jednak teza panująca w przestrzeni publicznej, że im więcej, tym gorzej? Czy duża ilość dzieł przedkłada się na ich gorszą jakość (i odwrotnie)? Ta reguła nie pokrywa się z działalnością wszystkich twórców. Można tworzyć niewiele i marnie, można tworzyć dużo i na dobrym, często wysokim, poziomie. W dziedzinie muzyki elektronicznej przykładem na to drugie jest działalność kompozytorska DigitalSimplyWorld.

Muzyk ten od lat konsekwentnie eksploruje elektroniczno-eksperymentalne obszary dźwięków. Kolejne płyty ukazują się jednak na tyle szybko, że trudno uważniej zapoznać się ze starszymi dokonaniami twórcy. Poświęcenie większej ilości czasu na takie dokonania jest jednak wskazane. I to nie tylko by docenić pomysłowość kompozytora. Wśród ostatnio opublikowanych przez DSW płyt na dłuższą uwagę zasługuje tryptyk opatrzony tytułem NEUTRINO.


machine

 

Pierwsza część cyklu może zaskoczyć swoim specyficznym brakiem muzyki (w powszechnym rozumieniu tego terminu). Ten brak jest jednak pozorny. Choćby dlatego, że wszystko jest muzyką (co kompozytor udowadniał płytą Tout Devient La Musique ). Mroczny ambientowy klimat „rozlewa się” na machine od samego początku i wymaga pewnego skupienia (uruchomienie wyobraźni podczas słuchania może być bardzo pomocne). Bliżej niesprecyzowane odgłosy, minimalistyczny rytm i industrialne barwy budują tajemniczy i nieco mroczny klimat. Drugi utwór przynosi nieco odprężenia dzięki swojej hipnotycznej rytmice i może zaskoczyć końcową recytacją. Nie jest to do końca dobry pomysł, ale biorąc pod uwagę cały tryptyk, taki zabieg ma swoje uzasadnienie.

 

passenger

Kolejna płyta z cyklu jest dość krótka i niesie ze sobą bardziej klasyczne (i mniej eksperymentalne) ambientowe klimaty. Monotonny rytm jedynej kompozycji może przywoływać skojarzenia z jakąś bliżej nieokreśloną podróżą… pociągiem. Całkiem ciekawe i nadspodziewanie uspokajające, ale szczególnie nie zaskakuje. To zwyczajna podróż. Czasami trzeba odbyć też takie.

 


operator

Trzecia płyta to coś na kształt słuchowiska. Recytowany tekst nie pozostawia zbyt wielu złudzeń. Jest to jednak część, która „wyjaśnia” całą dźwiękową opowieść i spaja ją w całość, więc nie należy się zrażać na wstępie. Podczas słuchania mogą pojawiać się różne skojarzenia związane z szeroko pojętą fantastyką. Mi osobiście przyszła na myśl pewna idea propagowana swego czasu przez nieżyjącego już Stockhausena polegająca na traktowaniu głosu ludzkiego jak każdego innego instrumentu muzycznego. DSW jest jeszcze daleki od tego. Pewne przesłanki jednak powstały i w przyszłości wszystko jest możliwe.

Całość wyszła całkiem interesująco. Jedna część dłuższa, dwie krótsze. Niemal jak w klasycznym tryptyku, w którym mniejsze składowe (np. skrzydła obrazu) stanowią uzupełnienie głównego dzieła będąc jednocześnie jego niezbędnym elementem potrzebnym do zrozumienia całości. Mogą oczywiście funkcjonować w oderwaniu jako samodzielne części, ale ich odbiór będzie wtedy niepełny.

Wszystkie części NEUTRINO istnieją w formie wirtualnej, dostępne są w internecie w postaci plików mp3. Taki znak czasów (klasyczna płyta CD to już niemal rarytas). Kompozytor dzieli się jednak swoją twórczością ze słuchaczami bez pobierania jakichkolwiek opłat. Idea wolnej kultury w praktycznym zastosowaniu (co jawnie stoi w opozycji do opinii „znawców” twierdzących, że za jakość kultury trzeba płacić).

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

 

NEUTRINO – machine

NEUTRINO – passenger

NEUTRINO – operator

 

Steampunk w pełnej krasie, czyli „Antylód” Stephena Baxtera

25 paź

Steampunk to nurt stylistyczny w kulturze (literatura, film, komiks, moda). Odmiana fantastyki często uważana za odłam cyberpunku. Jednak w przeciwieństwie do cyberpunku technika otaczająca bohaterów jest oparta na mechanice, a nie elektronice. Steampunk nawiązuje do twórczości: Juliusza Verne’a, Herberta George’ Wellsa, Marka Twaina

2079246c_jpg-lg

Niemal każdy miłośnik literatury fantastycznej wie co to jest steampunk albo przynajmniej coś słyszał o tym gatunku. Niektórzy porównują ten nurt do cyberpunku. Moim zdaniem różnica jest jednak istotna (i nie chodzi tu o urządzenia techniczne). Powieści steampunkowe to tak naprawdę historie alternatywne, a nie wizje przyszłości. Historie osadzone w wieku pary i węgla gdzie bardzo ważną rolę odgrywają wszelkiego rodzaju przedziwne machiny napędzane niekoniecznie znanymi nam obecnie źródłami energii. Powieści zaliczane do tego gatunku są różne. Znajdziemy w nich mniej lub bardziej intrygujące pomysły, tajemnicze substancje i energie (odgrywające niebagatelną rolę w opowiadanej historii), dziwne postacie, rozbudowaną maszynerię (czasami aż do przesady). Antylód Baxtera idealnie wpisuje się w ten nurt, chociaż kiedy wizja ukazała się drukiem (wydanie brytyjskie 1993) o steampunku jeszcze nic nie słyszałem.

Akcja powieści rozgrywa się pod koniec XIX wieku i jest na tyle wartka, że trudno oderwać się od lektury. Technika odgrywa oczywiście tutaj najważniejsza rolę, ale nie mniej ważne są wątki sensacyjne i społeczno-polityczne. Obecność przeróżnych, nieprawdopodobnych wręcz machin, nieoczekiwane wydarzenia i zwroty akcji oraz zaskakująca wyprawa na… Księżyc nieuchronnie kierują myśli ku twórczości Verne’a (trzeba przyznać, że klimat powieści jest bardzo zbliżony do dokonań tego pisarza, co pewnie było zamierzeniem Baxtera). Mimo tego autor Antylodu nie stroni od poruszania poważniejszych tematów. Baxter pokusił się nawet o swego rodzaju analizę stylu prowadzenia rządów (w opisywanym przypadku brytyjskich). Bohaterowie podczas jednej z wielu dyskusji spierają się nad tym, czy jeden naród ma prawo narzucać innym swój model państwa wykorzystując przy tym swoją przewagę technologiczną i ekonomiczną. W kontekście dzisiejszej polityki międzynarodowej Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej można uznać te wplecione w tekst przemyślenia autora powieści za swoistą antycypację.

Co można napisać tytułem podsumowania? Moim zdaniem Antylód to ciekawa pozycja rozrywkowa, która przypadnie do gustu wielu miłośnikom steampunku i przyjemnie wypełni czas wolny w niejeden jesienny wieczór.

 

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl

 

 

Stephen Baxter
Antylód
polskie wydanie: Zysk i S-ka 2003
s.272
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje książek

 

Modernistyczne klimaty, czyli wystawa w Muzeum Miasta Gdyni

01 paź

Czy architektura może być sztuką? Z pewnością, choć zdania w tej kwestii będą zróżnicowane, a grono sceptycznie nastawionych odbiorców będzie liczne. Wystawa prezentowana w Muzeum Miasta Gdyni może jednak zmienić postrzeganie. W tym konkretnym przypadku postrzeganie modernizmu (i jego odmian) w architekturze.

wystm1

Gdynia jako miasto powstawała i kształtowała swoją przestrzeń miejską w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Nie powinien więc dziwić fakt, że architektura miejska jak i industrialna starały się podążać za światowymi trendami, a nawet tworzyć własne. Charakterystyczne budynki i budowle, często nawiązujące do tematyki morskiej, stały się swoistą wizytówką miasta.

wystm3

Jednak dopiero stosunkowo niedawno zaczęto bardziej doceniać osiągnięcia w tej dziedzinie. Od kilku lat popularyzacją architektury modernistycznej zajmuje się miedzy innymi Agencja Rozwoju Gdyni poprzez swój Szlak Gdyńskiego Modernizmu (oraz archiprelekcje i spacery po różnych dzielnicach miasta). Muzeum Miasta Gdyni nie stroni od modernizmu (nawet budynek nawiązuje do niego). Jednak jak dotychczas w placówce odbywały się wystawy z większym naciskiem na historię i rozwój miasta niż samą architekturę. Wystawa pn. Narodziny Miasta. Gdyński modernizm w dwudziestoleciu międzywojennym jest inna. 

wystm55

Wystawa została zaaranżowana na dwóch ostatnich kondygnacjach muzeum. Ekspozycja z natury rzeczy gromadzi niemal same fotografie. Są to jednak zdjęcia, które nie były wcześniej prezentowane. Zostały pozyskane między innymi z archiwów w Waszyngtonie oraz Saint-Ouen (dotyczy to również materiału filmowego). Prezentacja nie jest szczególnie nowatorska moim zdaniem, ale dokładne opisy przyciągną uwagę niejednego zwiedzającego. Wystrój utrzymany w czerni powoduje, że powiększone fotogramy (odpowiednio oświetlone) pozytywnie wpływają na odbiór. Dodatkowo odwiedzający mogą obejrzeć ciekawy film na temat gdyńskiej architektury w zaimprowizowanym „kinie”. Ciekawym uzupełnieniem są modele niektórych budynków („łamią” niejako fotograficzną monotonię wystawy), a interaktywna świetlna mapa powinna spodobać się młodszym odbiorcom (tutaj niestety mały zgrzyt, kiedy zapoznawałem się z ekspozycją we wrześniu, mapa jeszcze nie działała w pełni, ma być uruchomiona niebawem).

wystm44

Na koniec mała refleksja. W internecie często spotykam się z opiniami różnej maści malkontentów, którzy nie widzą sensu w promowaniu raczej młodej i „surowej” architektury jaką jest modernizm. Mam jednak cichą nadzieję, że jakaś część tej grupy odwiedzi wystawę i mimo wszystko zmieni zdanie.

zwiedzał, fotografował i wrażenia spisał
Grzegorz Cezary Skwarliński ©
 

     wystz1

P.S.
Na wystawie odnalazłem swoje zdjęcie (jest elementem interaktywnej mapy świetlnej), które jest tam obecne w wyniku współpracy ARG (organizator konkursu Gdyński modernizm w obiektywie) i MMG
 
 
 
 
 
 
 
Narodziny Miasta. Gdyński modernizm w dwudziestoleciu międzywojennym
(18.09.2014 – 31.12.2014)
kurator: dyrektor MMG Jacek Friedrich
aranżacja: Gary Johnson (Szkocja)
Patronat honorowy nad wystawą objęli:
Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. Małgorzata Omilanowska
Marszałek Województwa Pomorskiego Mieczysław Struk
Prezydent Gdyni Wojciech Szczurek
 
 
 
1 komentarz

Napisane w kategorii wystawy

 

Klasyczna muzyka elektroniczna ma się dobrze, czyli „Analog Overdose 5”

30 wrz

Od Analog Overdose 4 duet Fanger/Schönwälder uraczył fanów muzyki elektronicznej niejednym wspólnym przedsięwzięciem. Przedsięwzięciem niekoniecznie sygnowanym znaczkiem AO. Dopiero płyta wydana w kwietniu 2014 wróciła niejako do „korzeni”. Nie tylko poprzez powrót do numeracji tej swoistej serii, ale także przez obecność gitary pod palcami Lutza Grafa-Ulbricha (człowiek legenda związany m.in. z Agitation Free, wystąpił na pierwszej płycie z w/w cyklu). Czy w związku z powyższym Analog Overdose 5 to nadal analogowe przedawkowanie jak w przypadku starszych wydawnictw? Moim zdaniem i tak, i nie.

mrcd7100

Na krążku napotkamy raczej krótkie (czasami mocno wpadające w ucho) kompozycje, które nie do końca będą przystawać do „przyzwyczajeń” niejednego fana muzyki elektronicznej (w szczególności tej w berlińskiej sekwencyjnej odmianie). Nastroje niesione przez zgromadzone na płycie utwory są dość zróżnicowane. Usłyszymy echa jazzu, funky, rocka progresywnego, ambientu i krautrocka, a basowo-hipnotyczny rytm przywiedzie skojarzenia z transem. Taka mieszanka może przyprawić o swoisty „ból głowy” i stwarzać wrażenie niespójności. O dziwo, tak nie jest. Muzycy mieszają powyższe elementy z łatwością, zapałem i energią, bez słyszalnych zgrzytów i dysharmonii. Mimo takiej różnorodności elektroniczne sekwencje generowane przez trio (momentami duet) nie odbiegają aż tak daleko od klasycznych korzeni muzyki elektronicznej jak mogłoby się w pierwszej chwili wydawać. Kompozycja zamykająca zrekompensuje zaś niedosyt jaki mógłby powstać u niektórych miłośników klasycznej muzyki elektronicznej podczas słuchania.

Wyczyny artystów mogą zawstydzić niejednego młodego twórcę „buszującego” w generowanych sztucznie dźwiękach. Ozdobą płyty jest ponad 22 minutowy Frankfurter Allee nagrany podczas sesji na żywo w samochodzie podczas jazdy przez Berlin. Kompozycja powstała przy pomocy słynnej gitary Gibson SG Lutz oraz… 2 iPadów do spółki z 2 iPhonami (promocyjny fragment znajduje się tutaj).

Na zakończenie warto odpowiedzieć na postawione wcześniej pytanie o przedawkowanie. Według mnie takiej muzyki nigdy za mało. Klimaty i rodowód oczywiście analogowy, użyte środki wyrazu w większości cyfrowe. Czy to źle? Moim zdaniem nie. Wręcz przeciwnie.

Grzegorz Cezary Skwarliński

(artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl)

Fanger & Schönwälder feat. Lutz Graf-Ulbrich
Analog Overdose 5
Manikin Records MRCD 7100, 2014
 
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka, recenzje płyt