RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2014

Electroday. Wejherowo 21.06.2014

27 cze

Moje związki z muzyką elektroniczną trwają prawie od 30 lat. Głównie jestem słuchaczem, często recenzentem, a czasami i popularyzatorem. Mimo to na koncerty wybierałem się dość rzadko. Przeszkodą bywał brak czasu, praca, odległość czy też ograniczone finanse. Kiedy jednak w mieście gdzie mieszkam odbywała się impreza związana z muzyką elektroniczną, to „wymówki” nie szukałem. Nie tylko nazwa Electroday (21.06.2014) była dla mnie magnesem.

Przy okazji wspomnianej imprezy miałem przyjemność zagościć (po raz pierwszy od momentu otwarcia w maju 2013) w sali koncertowo-kinowej Wejherowskiego Centrum Kultury zwanego również Filharmonią Kaszubską. Nie ukrywam, że organizacja przestrzeni wymienionego pomieszczenia mile mnie zaskoczyła. Dość głęboka scena w połączeniu z mocno wybudowaną w górę widownią okazała się idealnym miejscem do słuchania muzyki, a muzyki elektronicznej w szczególności. Sala została wypełniona przez publiczność niemal w połowie, a przed publicznością wystąpili czterej kompozytorzy: Łukasz ‚Soundwalker’ Sobczak, Przemysław Rudź, Robert Kanaan i Marek Biliński.

Ucztę dla uszu rozpoczął Soundwalker. Dokonania tego kompozytora poznałem w drobnych fragmentach wyszperanych w internecie. Miałem więc pewne obawy czy twórca spełni moje oczekiwania. Zostałem mile zaskoczony. Muzyka tworzona przez Soundwalkera nie należy wprawdzie do szczególnie oryginalnych moim zdaniem, ale jest miła dla ucha. Trochę dynamiki, trochę liryki okraszonych mniej lub bardziej typowymi elektronicznymi efektami z pewnością zadowoliły sporą część publiczności. Bywały momenty kiedy można było wyczuć klimaty otrzymane w duchu twórczości Bilińskiego i Jarre’a. Jednak z naśladownictwem nie miało to nic wspólnego tylko raczej z luźną inspiracją. Niejednemu miłośnikowi przypadnie do gustu. Takie el środka z nieco ambitniejszą nutą.

Po Soundwalkerze przyszła pora na coś w prawdziwie klasycznym stylu, czyli na klimaty nawiązujące do szkoły berlińskiej. Charakterystyczne sekwencje zostały jednak dość mocno przekształcone przez Przemysława Rudzia poprzez wzbogacenie o elementy rocka progresywnego i szeroko pojętego ambientu (muzyki eksperymentalnej). Mimo sygnalizowanych przez kompozytora drobnych przeszkód (związanych z odbytą tuz przed Electroday wyprawą artysty do Kirgizji – różnice czasowe mogą powodować senność) i nieobecności Józefa Skrzeka, współautora prezentowanej suity, całość wypadła nienagannie. Szkoda tylko, że materiał został zaprezentowany w obszernym fragmencie, a nie całości. Jak dla mnie zdecydowanie za krótko trwało to „danie dźwiękowe”. W tej muzyce można by się zatopić do niepamięci, choć być może to tylko takie moje „skrzywienie”.

Trzeci występ to kolejna zmiana nastrojów. Robert Kanaan umiejętnie łączy muzykę elektroniczną z muzyką world i ethno wykorzystując w swej twórczości także instrumenty nieelektroniczne i naturalne głosy. Piosenka (w zasadzie pieśń) zaprezentowana w trakcie występu była na to dowodem, a jej klimat mógł przywoływać skojarzenia z twórczością zespołu Clannad czy też Enyi. Publiczność miała przyjemność wysłuchania kilku znanych dokonań artysty jak i nowych kompozycji, które niedługo ukażą się na nowej płycie. Nie ukrywam, że największe obawy wiązałem właśnie z tą częścią Electroday. Twórczość Roberta Kanaana jest mi mało znana, a te dokonania z którymi zaznajomiłem się lata temu, jakoś szczególnie mnie nie przekonały. Na szczęście moje obawy okazały się płonne. Muzyka pana Roberta wzbudziła we mnie nawet pewne, nieco liryczne, emocje.

No i przyszła pora na ostatniego artystę występującego w ramach Electroday. Marek Biliński to wspomnienia. Od wielu lat artysta nie prezentuje w zasadzie nic nowego. Jednak nie przeszkadzało mi to zbytnio. Miło było przypomnieć sobie klimaty generowane przez takie kompozycje jak Ucieczka z tropiku, Porachunki z bliźniakami. Dom w dolinie mgieł czy też Po drugiej stronie świata. Jedynym mankamentem występu było zbyt mocno podkręcone nagłośnienie (w stosunku do występów artystów poprzedzających), co powodowało, że momentami niektóre kompozycje zmieniały się w mało przyjemny jazgot. Nie była to jednak żadna wina artysty.

Czterej artyści, cztery indywidualne spojrzenia na muzykę elektroniczną. Spojrzenia różne, znane, lubiane, ale też dopiero odkrywane. Każde z nich jednak w jakiś sposób poruszające i niosące niecodzienne doznania. Doznania potęgowane odpowiednio dobranymi wizualizacjami (trzeba przyznać, że operator oświetlenia scenicznego nie próżnował). Publiczność mogła więc czerpać przyjemność nie tylko ze słuchania muzyki ale też widowiska świetlnego. Po koncercie można było porozmawiać z artystami nabyć płyty i otrzymać autografy.

W Polsce nie znajdziemy zbyt wielu cyklicznych imprez poświęconych muzyce elektronicznej (szczególnie w jej klasycznym wydaniu). Poza odbywającymi się od wielu lat MPM ‚Ambient’ w Gorlicach i CEMF w Cekcynie nie uświadczymy nic godnego uwagi. Festiwal w Płocku z klasyczną muzyką elektroniczną ma niewiele wspólnego, więc trudno zaliczyć go do tego grona. Zeszłoroczne letnio-wakacyjne przedsięwzięcie we Władysławowie pod nazwą Ocean Electronic Festiwal wypadło ciekawie, ale przypuszczam, że edycja 2014 nie odbędzie się (do momentu pisania niniejszej relacji nie odnalazłem żadnych informacji na temat kolejnego wydania OEF). Pojawiają się oczywiście od czasu do czasu tu i ówdzie pojedyncze koncerty. Takie jednorazowe przedsięwzięcia nie zmieniają jednak ogólnego obrazu. Obrazu, który można nazwać posuchą. Dlatego dobrze by się stało gdyby idea Electroday była kontynuowana w następnych latach. Szczególnie, że miejsce idealnie się nadaje do tego typu koncertów. Marek Biliński na zakończenie swojego występu powiedział, że sala jest wspaniała, że nie ma takiej drugiej w Polsce, a i w Europie jest niewiele. Nie sadzę aby było to „przymilanie się” do mieszkańców. Pan Marek jest zbyt cenionym i długoletnim artystą aby zniżać się to takich tanich pochwał. Zresztą pozostali muzycy również chwalili miejsce i to nie tylko za akustykę.

Na zakończenie mała refleksja. Wbrew pozorom nie jest łatwo zorganizować koncert muzyki elektronicznej. Kiedyś sam próbowałem. Efektem były dwa kameralne występy w ramach Nocy Muzeów w Muzeum Miasta Gdyni (w 2010 Polaris/Horn, w 2011 Jarosław Degórski) gdzie swego czasu pracowałem. Jednak ze względu na specyfikę imprezy i związana z nią późna pora występów (0:00 do 1:00 w nocy) powodowała, że koncerty gromadziły mało słuchaczy, W kolejnych latach nie były kontynuowane. Tym bardziej należą się słowa uznania dla organizatora/ów Electroday za wytrwałość i determinację. Oby trwały jak najdłużej i przyczyniały się dalej do popularyzowania muzyki elektronicznej w klasycznym wydaniu.

 słuchał, fotografował i relację spisał
Grzegorz Cezary Skwarliński ©
artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka

 

Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów

26 cze

Coraz częściej spotykam się z twierdzeniem, że w muzyce wszystko już było. Nie jest to prawda, choć słuchając tego co proponują media głównego nurtu, można odnieść takie wrażenie (covery wszelkiej maści, kompozycje tak podobne do siebie, że niemal ocierające się o plagiat). Liczba kombinacji (choćby w przypadku tonów i półtonów tylko z trzech oktaw) jest jednak na tyle duża, że jeszcze nie wszystko zostało wymyślone i zagrane. Dlatego też przy odpowiedniej chęci poszukiwań można znaleźć intrygujące kawałki.

Mógłbym wymienić w tym miejscu kilka ciekawych kierunków jakimi podążała muzyka (nie tylko elektroniczna), ale nie to jest celem niniejszej recenzji (nie mówiąc o objętości takiego „spisu-tekstu”). Wspomnę tylko, że w historii muzyki mieliśmy do czynienia z wieloma eksperymentami brzmieniowymi, stylistycznymi, formalistycznymi, itd. itp. Takie terminy jak muzyka konkretna, punktualizm, muzyka intuitywna, awangarda, muzyka kosmiczna to tylko niewielki fragment tego co się działo w przeszłości w obszarze, który obecnie jest nazywany muzyką elektroniczną.

Jednak mimo wielu możliwości i rozleglej muzycznej przestrzeni fazowej* trudno jest wymyślić coś nowego i intrygującego. Większość kompozytorów wpada w „przetarte szlaki”, powtarza (często nieświadomie) rzeczy, które miały już miejsce w bliższej lub dalszej przeszłości. Na szczęście nie ma na świecie człowieka, który poznałby wszystkie muzyczne obszary (o czym niedawno się przekonałem osobiście rozmawiając z pewną obeznaną w muzyce osobą, która o muzyce elektronicznej po raz pierwszy usłyszała ode mnie) i można natrafić na mniejsze lub większe ciekawostki. W tym kontekście płyta pod intrygującym tytułem Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów (zespołu o nie mniej intrygującej nazwie – Dziecka) może okazać się dla pewnej grupy słuchaczy całkiem miłym zaskoczeniem.

a2677935275_2

Wbrew tytułowi wydawnictwa nie mamy w tym przypadku do czynienia z odgłosami natury tylko z twórczością, którą w przeszłości określano mianem awangardy. Niestety dziś taką twórczość często „wrzuca się do worka” z napisem ‚ambient’ i to bez szczególnego zastanowienia. Czy słusznie? Zdania będą z pewnością podzielone.

Na płycie odnajdziemy zmiksowane brzmienia, które niekoniecznie skojarzą się bezpośrednio z muzyką elektroniczną. Stylistyka poszczególnych kompozycji jest zróżnicowana. Odnajdziemy klimaty rodem z nowej elektroniki, ambientu i gatunków nieelektronicznych (brzmienia jednak są uzyskiwane za pomocą techniki samplingu). Taka mieszanka niesie ze sobą niecodzienne wrażenia. Momentami wydaje się nawet, że twórcy powrócili niejako do korzeni muzyki elektronicznej. Korzeni nierozerwalnie związanych z poszukiwaniami twórczymi i eksperymentem. Niektóre kompozycje mogą przywoływać na myśl awangardowe dokonania zespołu Kraftwerk z lat 70-tych XX wieku (np. z płyty Radio-Activity). Na płycie znajdziemy też utwory mniej eksperymentalne, ciążące ku klasycznemu ambientowi. Nie jest to jednak żadna ujmą dla całości produkcji. Niecodzienne tytuły kompozycji wzmagają wrażenie, że mamy do czynienia z eksperymentem. Moim zdaniem eksperymentem udanym.

Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów nie należą do szczególnie oryginalnych przedsięwzięć. Jednakże na tle innych podobnych produkcji wypadają całkiem jasno. Powinny zadowolić nie tylko niejednego miłośnika ambientu, ale też słuchaczy poszukujący wśród dźwięków generowanych sztucznie czegoś nowego, świeżego.

 

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

 

*przestrzeń wszystkich możliwych stanów w jakich może znajdować się badany układ (np. w oktawie bez półtonów jest 8 dźwięków, więc przestrzeń fazowa obejmuje ponad 40 tysięcy możliwych stanów)

 

Dziecka
Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów
styczeń 2014

http://dziecka.bandcamp.com/album/wilekopowierzchniowe-odg-osy-las-w
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka, recenzje płyt

 

Zanosi się na długą historię, czyli „Długa wojna” Terry’ego Pratchetta i Stephena Baxtera

19 cze

Lektura Długiej Ziemi była dla mnie na tyle interesująca, że nie omieszkałem sięgnąć po dalszy ciąg historii ziemskich światów równoległych w postaci Długiej wojny. Nie ukrywam, że nazwisko jednego z autorów jest dla mnie ciągle nieustającym magnesem, więc sięgam niemal po wszystko sygnowane znakiem sir Pratchetta. Niestety druga część cyklu nie spełniła moich oczekiwań. Można nawet powiedzieć, że w pewnym stopniu mnie rozczarowała.

216310-352x500

Sięgając po Długą wojnę liczyłem na sporą dawkę niekonwencjonalnych pomysłów i humoru. Niestety nie znalazłem ich w opowiadanej historii (w szczególności charakterystycznej dla poprzedniej części ironii). Reaktywacja niektórych bohaterów (np. siostry Agnes) pewnie miała wprowadzić pewne humorystyczne urozmaicenie, ale moim zdaniem wyszło to mało ciekawie. Nagromadzenie luźno powiązanych ze sobą wątków również nie poprawia ogólnego odbioru. Niektóre z nich wydają się wręcz zbędne (np. wątek inteligentnych „psów-wilków”). Według mnie nie wnoszą nic istotnego do snutej opowieści. Były nawet momenty, kiedy nabierałem podejrzeń, że zostały dodane w celu uzyskania odpowiedniej objętości powieści. Tytuł książki też może okazać się mylący. Wojna w powieści jest jakaś mało wojenna, choć to akurat nie powinno być zaskoczeniem. Specyfika opisywanego ciągu światów równoległych powoduje, że i wojna jest inna niż wszystkie (można jednak wyłuskać z tekstu odwołania do amerykańskiej wojny o niepodległość). Zakończenie powieści pozostawia spore pole do kontynuowania cyklu. Sugeruje też powody, dla których ludzie uzyskali zdolność przekraczania do światów równoległych.

Jak można podsumować całość? Mam mieszane uczucia. Długa wojna z jednej strony jest dobrą, sprawną literaturą. Z drugiej sprawia wrażenie nie do końca przemyślanej kontynuacji. Będzie oczywiście grono niezadowolonych odbiorców jak i entuzjastów. Ci czytelnicy, którzy nie znają poprzedniej części cyklu, mogą mieć trudności ze zrozumieniem niektórych wątków. Niestety ta część wypada blado na tle jej do poprzedniczki. Ot, takie czytadło fantastyczne. Nic poza tym. Może w kolejnej odsłonie cyklu (Długi Mars) będzie lepiej.

 Grzegorz C. Skwarliński ©

 

Terry Pratchett, Stephen Baxter
Długa wojna
Prószyński Media, marzec 2014
str. 448

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje książek