RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘muzyka’

Electroday 2. Wejherowo 20.06.2015

06 lip
W Polsce raczej nie znajdziemy zbyt wielu cyklicznych imprez poświęconych muzyce elektronicznej (szczególnie w jej klasycznym wydaniu). Poza odbywającymi się od wielu lat MPM Ambient w Gorlicach i CEMF w Cekcynie do niedawna trudno było znaleźć coś naprawdę godnego uwagi. Electroday zorganizowany w Wejherowie w 2014 dawał pewną nadzieję, że coś zmieni się w tym względzie. W zeszłym roku nie było jednak pewności czy impreza zaistnieje w kontynuacji. Pod koniec marca 2015 było już wiadomo, że ciąg dalszy nastąpi pod postacią Electroday 2. Zapowiedziano występ czterech artystów: Soundwalkera, Marka Manowskiego, Dietera Wernera i Władysława Komendarka. Druga edycja stała się więc faktem. 20.06.2015 fani dźwięków generowanych sztucznie w budynku Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie mogli ponownie cieszyć się kontaktem z klasyczną muzyką elektroniczną. Odpowiednio wcześnie upubliczniona informacja i społeczna promocja z pewnością miały wpływ na niemal całkowite wypełnienie sali. Co zapewne ucieszyło organizatorów.

 

Rozpoczął oczywiście Łukasz Sobczak ‚Soundwalker’. Nie tylko kompozytor, ale też inicjator i współorganizator ED. Zgromadzona publiczność mogła wysłuchać kilku znanych utworów różnych kompozytorów w interpretacji tegoż artysty. Występ pod tytułem Przeboje muzyki elektronicznej przywołał wspomnienia i pewnie spodobał się większości słuchaczy (co można było wywnioskować po żywych reakcjach tejże). Mi osobiście nie za bardzo przypadła do gustu interpretacja Oxygene 7 Jeana Michela Jarre’a. Główny temat był ledwie słyszalny. Być może częściowa wina leżała po stronie złych ustawień parametrów nagłośnienia, być może gdzie indziej. Poza tym zabrakło według mnie zabrakło bardzo znanego motywu z Chariots of Fire Vangelisa. Trochę szkoda, szczególnie, że wielki Grek otrzymał za muzykę do tego filmu Oscara (więc w pewnym sensie był to przebój). Bardzo możliwe, że ten brak był związany z obowiązującymi prawami autorskimi. Mimo tych „zgrzytów” występ odebrałem pozytywnie.

Po Soundwalkerze przyszła kolej na Marka Manowskiego. Nastąpiła całkowita zmiana nastroju. Muzyka pana Marka jest bardzo nostalgiczna, wręcz smutna. Przez niektórych miłośników muzyki elektronicznej pan Marek jest uważany za polskiego Kitaro. Jak dla mnie takie porównanie, choć zrozumiałe, jest jednak dość nietrafne. Artysta czerpie inspiracje z odmiennych źródeł. Trzeba przyznać, że jest ich sporo. Zaprezentowane kompozycje tchnęły spokojem, melancholią i wspomnianym smutkiem. Prezentowane zaś wizualizacje (zdjęcia robione przez kompozytora) nasilały nastroje generowane przez instrumenty. To muzyka do zastanowienia nad przemijającym światem, ulotną chwilą. Wymaga pewnego skupienia. Co bardziej wrażliwi słuchacze mogli się nawet wzruszyć. Niestety prawdopodobnie też znudziła część publiczności, bo kilkanaście osób opuściło widownię i już nie powróciło. Trochę szkoda, że występ był stosunkowo krótki.

 

Przyszła kolej na Dietera Wernera, który zaczął z „grubej rury” od swojej „wiejsko-miłosnej” historii muzycznej. Kompozycja z pewnością zaskoczyła wielu słuchaczy i wywołała uśmiech na twarzach. Twórczość tego artysty jest mi znana (kiedyś nawet skrobnąłem jakąś recenzję nt. jednej z płyt), więc nie byłem zaskoczony. Kolejne prezentowane utwory rozbrzmiewały idealnie w sali Filharmonii Kaszubskiej i nie raz powodowały podrygiwania kolana lub karku. Pomysły DW na łączenie różnych stylów muzycznych (często bardzo odległych) w jednym utworze są ciekawe i intrygujące, ale też karkołomne. Artysta jednak płynnie przechodzi pomiędzy nimi. Można powiedzieć, że czuje się w tym jak „ryba w wodzie” kiedy gra (co nieraz można było zauważyć). Bardzo ciekawy występ.

Niestety na ostatniej części, w której miał wystąpić Władysław Komendarek nie mogłem pozostać. Inne obowiązki wzywały, więc tego fragmentu nie jestem w stanie zrelacjonować. Na pewno działo się dużo, bo nieraz miałem przyjemność uczestniczyć w show jakie pan Władysław jest w stanie wykreować na scenie (szczególnie jak widzi, że publiczność żywo reaguje).

Ponownie w Wejherowie pojawili się czterej kompozytorzy, ponownie publiczność poznała cztery indywidualne spojrzenia na muzykę elektroniczną. Spojrzenia bardzo różne, poruszające ale też i porywające. Dodatkowo doznania odbiorców zostały spotęgowane wizualizacjami i odpowiednią grą świateł scenicznych. Zaistnienie Electroday 2 daje nadzieję na następne odsłony. Z wiarygodnego źródła wiem, że kierownictwo Filharmonii Kaszubskiej jest przychylne imprezie i zależy mu na kontynuacji. Niemal całkowite wypełnienie sali pozwala optymistycznie patrzeć w przyszłość. Może tym razem gwiazdą będzie ktoś zza granicy?

 

 słuchał, fotografował i relację spisał

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

(artykuł pierwotnie ukazał się na portalu wywrota.pl)

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka

 

DigitalSimplyWorld – NEUTRINO

03 lip
Wielowarstwowa muzyczna opowieść w fantastycznych klimatach.

 

Czy płodność twórcy ma wpływ na jakość dzieł wychodzących spod jego palców? Na pewno. Czy prawdziwa jest jednak teza panująca w przestrzeni publicznej, że im więcej, tym gorzej? Czy duża ilość dzieł przedkłada się na ich gorszą jakość (i odwrotnie)? Ta reguła nie pokrywa się z działalnością wszystkich twórców. Można tworzyć niewiele i marnie, można tworzyć dużo i na dobrym, często wysokim, poziomie. W dziedzinie muzyki elektronicznej przykładem na to drugie jest działalność kompozytorska DigitalSimplyWorld.

Muzyk ten od lat konsekwentnie eksploruje elektroniczno-eksperymentalne obszary dźwięków. Kolejne płyty ukazują się jednak na tyle szybko, że trudno uważniej zapoznać się ze starszymi dokonaniami twórcy. Poświęcenie większej ilości czasu na takie dokonania jest jednak wskazane. I to nie tylko by docenić pomysłowość kompozytora. Wśród ostatnio opublikowanych przez DSW płyt na dłuższą uwagę zasługuje tryptyk opatrzony tytułem NEUTRINO.


machine

 

Pierwsza część cyklu może zaskoczyć swoim specyficznym brakiem muzyki (w powszechnym rozumieniu tego terminu). Ten brak jest jednak pozorny. Choćby dlatego, że wszystko jest muzyką (co kompozytor udowadniał płytą Tout Devient La Musique ). Mroczny ambientowy klimat „rozlewa się” na machine od samego początku i wymaga pewnego skupienia (uruchomienie wyobraźni podczas słuchania może być bardzo pomocne). Bliżej niesprecyzowane odgłosy, minimalistyczny rytm i industrialne barwy budują tajemniczy i nieco mroczny klimat. Drugi utwór przynosi nieco odprężenia dzięki swojej hipnotycznej rytmice i może zaskoczyć końcową recytacją. Nie jest to do końca dobry pomysł, ale biorąc pod uwagę cały tryptyk, taki zabieg ma swoje uzasadnienie.

 

passenger

Kolejna płyta z cyklu jest dość krótka i niesie ze sobą bardziej klasyczne (i mniej eksperymentalne) ambientowe klimaty. Monotonny rytm jedynej kompozycji może przywoływać skojarzenia z jakąś bliżej nieokreśloną podróżą… pociągiem. Całkiem ciekawe i nadspodziewanie uspokajające, ale szczególnie nie zaskakuje. To zwyczajna podróż. Czasami trzeba odbyć też takie.

 


operator

Trzecia płyta to coś na kształt słuchowiska. Recytowany tekst nie pozostawia zbyt wielu złudzeń. Jest to jednak część, która „wyjaśnia” całą dźwiękową opowieść i spaja ją w całość, więc nie należy się zrażać na wstępie. Podczas słuchania mogą pojawiać się różne skojarzenia związane z szeroko pojętą fantastyką. Mi osobiście przyszła na myśl pewna idea propagowana swego czasu przez nieżyjącego już Stockhausena polegająca na traktowaniu głosu ludzkiego jak każdego innego instrumentu muzycznego. DSW jest jeszcze daleki od tego. Pewne przesłanki jednak powstały i w przyszłości wszystko jest możliwe.

Całość wyszła całkiem interesująco. Jedna część dłuższa, dwie krótsze. Niemal jak w klasycznym tryptyku, w którym mniejsze składowe (np. skrzydła obrazu) stanowią uzupełnienie głównego dzieła będąc jednocześnie jego niezbędnym elementem potrzebnym do zrozumienia całości. Mogą oczywiście funkcjonować w oderwaniu jako samodzielne części, ale ich odbiór będzie wtedy niepełny.

Wszystkie części NEUTRINO istnieją w formie wirtualnej, dostępne są w internecie w postaci plików mp3. Taki znak czasów (klasyczna płyta CD to już niemal rarytas). Kompozytor dzieli się jednak swoją twórczością ze słuchaczami bez pobierania jakichkolwiek opłat. Idea wolnej kultury w praktycznym zastosowaniu (co jawnie stoi w opozycji do opinii „znawców” twierdzących, że za jakość kultury trzeba płacić).

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

 

NEUTRINO – machine

NEUTRINO – passenger

NEUTRINO – operator

 

Klasyczna muzyka elektroniczna ma się dobrze, czyli „Analog Overdose 5”

30 wrz

Od Analog Overdose 4 duet Fanger/Schönwälder uraczył fanów muzyki elektronicznej niejednym wspólnym przedsięwzięciem. Przedsięwzięciem niekoniecznie sygnowanym znaczkiem AO. Dopiero płyta wydana w kwietniu 2014 wróciła niejako do „korzeni”. Nie tylko poprzez powrót do numeracji tej swoistej serii, ale także przez obecność gitary pod palcami Lutza Grafa-Ulbricha (człowiek legenda związany m.in. z Agitation Free, wystąpił na pierwszej płycie z w/w cyklu). Czy w związku z powyższym Analog Overdose 5 to nadal analogowe przedawkowanie jak w przypadku starszych wydawnictw? Moim zdaniem i tak, i nie.

mrcd7100

Na krążku napotkamy raczej krótkie (czasami mocno wpadające w ucho) kompozycje, które nie do końca będą przystawać do „przyzwyczajeń” niejednego fana muzyki elektronicznej (w szczególności tej w berlińskiej sekwencyjnej odmianie). Nastroje niesione przez zgromadzone na płycie utwory są dość zróżnicowane. Usłyszymy echa jazzu, funky, rocka progresywnego, ambientu i krautrocka, a basowo-hipnotyczny rytm przywiedzie skojarzenia z transem. Taka mieszanka może przyprawić o swoisty „ból głowy” i stwarzać wrażenie niespójności. O dziwo, tak nie jest. Muzycy mieszają powyższe elementy z łatwością, zapałem i energią, bez słyszalnych zgrzytów i dysharmonii. Mimo takiej różnorodności elektroniczne sekwencje generowane przez trio (momentami duet) nie odbiegają aż tak daleko od klasycznych korzeni muzyki elektronicznej jak mogłoby się w pierwszej chwili wydawać. Kompozycja zamykająca zrekompensuje zaś niedosyt jaki mógłby powstać u niektórych miłośników klasycznej muzyki elektronicznej podczas słuchania.

Wyczyny artystów mogą zawstydzić niejednego młodego twórcę „buszującego” w generowanych sztucznie dźwiękach. Ozdobą płyty jest ponad 22 minutowy Frankfurter Allee nagrany podczas sesji na żywo w samochodzie podczas jazdy przez Berlin. Kompozycja powstała przy pomocy słynnej gitary Gibson SG Lutz oraz… 2 iPadów do spółki z 2 iPhonami (promocyjny fragment znajduje się tutaj).

Na zakończenie warto odpowiedzieć na postawione wcześniej pytanie o przedawkowanie. Według mnie takiej muzyki nigdy za mało. Klimaty i rodowód oczywiście analogowy, użyte środki wyrazu w większości cyfrowe. Czy to źle? Moim zdaniem nie. Wręcz przeciwnie.

Grzegorz Cezary Skwarliński

(artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl)

Fanger & Schönwälder feat. Lutz Graf-Ulbrich
Analog Overdose 5
Manikin Records MRCD 7100, 2014
 
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka, recenzje płyt

 

Electroday. Wejherowo 21.06.2014

27 cze

Moje związki z muzyką elektroniczną trwają prawie od 30 lat. Głównie jestem słuchaczem, często recenzentem, a czasami i popularyzatorem. Mimo to na koncerty wybierałem się dość rzadko. Przeszkodą bywał brak czasu, praca, odległość czy też ograniczone finanse. Kiedy jednak w mieście gdzie mieszkam odbywała się impreza związana z muzyką elektroniczną, to „wymówki” nie szukałem. Nie tylko nazwa Electroday (21.06.2014) była dla mnie magnesem.

Przy okazji wspomnianej imprezy miałem przyjemność zagościć (po raz pierwszy od momentu otwarcia w maju 2013) w sali koncertowo-kinowej Wejherowskiego Centrum Kultury zwanego również Filharmonią Kaszubską. Nie ukrywam, że organizacja przestrzeni wymienionego pomieszczenia mile mnie zaskoczyła. Dość głęboka scena w połączeniu z mocno wybudowaną w górę widownią okazała się idealnym miejscem do słuchania muzyki, a muzyki elektronicznej w szczególności. Sala została wypełniona przez publiczność niemal w połowie, a przed publicznością wystąpili czterej kompozytorzy: Łukasz ‚Soundwalker’ Sobczak, Przemysław Rudź, Robert Kanaan i Marek Biliński.

Ucztę dla uszu rozpoczął Soundwalker. Dokonania tego kompozytora poznałem w drobnych fragmentach wyszperanych w internecie. Miałem więc pewne obawy czy twórca spełni moje oczekiwania. Zostałem mile zaskoczony. Muzyka tworzona przez Soundwalkera nie należy wprawdzie do szczególnie oryginalnych moim zdaniem, ale jest miła dla ucha. Trochę dynamiki, trochę liryki okraszonych mniej lub bardziej typowymi elektronicznymi efektami z pewnością zadowoliły sporą część publiczności. Bywały momenty kiedy można było wyczuć klimaty otrzymane w duchu twórczości Bilińskiego i Jarre’a. Jednak z naśladownictwem nie miało to nic wspólnego tylko raczej z luźną inspiracją. Niejednemu miłośnikowi przypadnie do gustu. Takie el środka z nieco ambitniejszą nutą.

Po Soundwalkerze przyszła pora na coś w prawdziwie klasycznym stylu, czyli na klimaty nawiązujące do szkoły berlińskiej. Charakterystyczne sekwencje zostały jednak dość mocno przekształcone przez Przemysława Rudzia poprzez wzbogacenie o elementy rocka progresywnego i szeroko pojętego ambientu (muzyki eksperymentalnej). Mimo sygnalizowanych przez kompozytora drobnych przeszkód (związanych z odbytą tuz przed Electroday wyprawą artysty do Kirgizji – różnice czasowe mogą powodować senność) i nieobecności Józefa Skrzeka, współautora prezentowanej suity, całość wypadła nienagannie. Szkoda tylko, że materiał został zaprezentowany w obszernym fragmencie, a nie całości. Jak dla mnie zdecydowanie za krótko trwało to „danie dźwiękowe”. W tej muzyce można by się zatopić do niepamięci, choć być może to tylko takie moje „skrzywienie”.

Trzeci występ to kolejna zmiana nastrojów. Robert Kanaan umiejętnie łączy muzykę elektroniczną z muzyką world i ethno wykorzystując w swej twórczości także instrumenty nieelektroniczne i naturalne głosy. Piosenka (w zasadzie pieśń) zaprezentowana w trakcie występu była na to dowodem, a jej klimat mógł przywoływać skojarzenia z twórczością zespołu Clannad czy też Enyi. Publiczność miała przyjemność wysłuchania kilku znanych dokonań artysty jak i nowych kompozycji, które niedługo ukażą się na nowej płycie. Nie ukrywam, że największe obawy wiązałem właśnie z tą częścią Electroday. Twórczość Roberta Kanaana jest mi mało znana, a te dokonania z którymi zaznajomiłem się lata temu, jakoś szczególnie mnie nie przekonały. Na szczęście moje obawy okazały się płonne. Muzyka pana Roberta wzbudziła we mnie nawet pewne, nieco liryczne, emocje.

No i przyszła pora na ostatniego artystę występującego w ramach Electroday. Marek Biliński to wspomnienia. Od wielu lat artysta nie prezentuje w zasadzie nic nowego. Jednak nie przeszkadzało mi to zbytnio. Miło było przypomnieć sobie klimaty generowane przez takie kompozycje jak Ucieczka z tropiku, Porachunki z bliźniakami. Dom w dolinie mgieł czy też Po drugiej stronie świata. Jedynym mankamentem występu było zbyt mocno podkręcone nagłośnienie (w stosunku do występów artystów poprzedzających), co powodowało, że momentami niektóre kompozycje zmieniały się w mało przyjemny jazgot. Nie była to jednak żadna wina artysty.

Czterej artyści, cztery indywidualne spojrzenia na muzykę elektroniczną. Spojrzenia różne, znane, lubiane, ale też dopiero odkrywane. Każde z nich jednak w jakiś sposób poruszające i niosące niecodzienne doznania. Doznania potęgowane odpowiednio dobranymi wizualizacjami (trzeba przyznać, że operator oświetlenia scenicznego nie próżnował). Publiczność mogła więc czerpać przyjemność nie tylko ze słuchania muzyki ale też widowiska świetlnego. Po koncercie można było porozmawiać z artystami nabyć płyty i otrzymać autografy.

W Polsce nie znajdziemy zbyt wielu cyklicznych imprez poświęconych muzyce elektronicznej (szczególnie w jej klasycznym wydaniu). Poza odbywającymi się od wielu lat MPM ‚Ambient’ w Gorlicach i CEMF w Cekcynie nie uświadczymy nic godnego uwagi. Festiwal w Płocku z klasyczną muzyką elektroniczną ma niewiele wspólnego, więc trudno zaliczyć go do tego grona. Zeszłoroczne letnio-wakacyjne przedsięwzięcie we Władysławowie pod nazwą Ocean Electronic Festiwal wypadło ciekawie, ale przypuszczam, że edycja 2014 nie odbędzie się (do momentu pisania niniejszej relacji nie odnalazłem żadnych informacji na temat kolejnego wydania OEF). Pojawiają się oczywiście od czasu do czasu tu i ówdzie pojedyncze koncerty. Takie jednorazowe przedsięwzięcia nie zmieniają jednak ogólnego obrazu. Obrazu, który można nazwać posuchą. Dlatego dobrze by się stało gdyby idea Electroday była kontynuowana w następnych latach. Szczególnie, że miejsce idealnie się nadaje do tego typu koncertów. Marek Biliński na zakończenie swojego występu powiedział, że sala jest wspaniała, że nie ma takiej drugiej w Polsce, a i w Europie jest niewiele. Nie sadzę aby było to „przymilanie się” do mieszkańców. Pan Marek jest zbyt cenionym i długoletnim artystą aby zniżać się to takich tanich pochwał. Zresztą pozostali muzycy również chwalili miejsce i to nie tylko za akustykę.

Na zakończenie mała refleksja. Wbrew pozorom nie jest łatwo zorganizować koncert muzyki elektronicznej. Kiedyś sam próbowałem. Efektem były dwa kameralne występy w ramach Nocy Muzeów w Muzeum Miasta Gdyni (w 2010 Polaris/Horn, w 2011 Jarosław Degórski) gdzie swego czasu pracowałem. Jednak ze względu na specyfikę imprezy i związana z nią późna pora występów (0:00 do 1:00 w nocy) powodowała, że koncerty gromadziły mało słuchaczy, W kolejnych latach nie były kontynuowane. Tym bardziej należą się słowa uznania dla organizatora/ów Electroday za wytrwałość i determinację. Oby trwały jak najdłużej i przyczyniały się dalej do popularyzowania muzyki elektronicznej w klasycznym wydaniu.

 słuchał, fotografował i relację spisał
Grzegorz Cezary Skwarliński ©
artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka

 

Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów

26 cze

Coraz częściej spotykam się z twierdzeniem, że w muzyce wszystko już było. Nie jest to prawda, choć słuchając tego co proponują media głównego nurtu, można odnieść takie wrażenie (covery wszelkiej maści, kompozycje tak podobne do siebie, że niemal ocierające się o plagiat). Liczba kombinacji (choćby w przypadku tonów i półtonów tylko z trzech oktaw) jest jednak na tyle duża, że jeszcze nie wszystko zostało wymyślone i zagrane. Dlatego też przy odpowiedniej chęci poszukiwań można znaleźć intrygujące kawałki.

Mógłbym wymienić w tym miejscu kilka ciekawych kierunków jakimi podążała muzyka (nie tylko elektroniczna), ale nie to jest celem niniejszej recenzji (nie mówiąc o objętości takiego „spisu-tekstu”). Wspomnę tylko, że w historii muzyki mieliśmy do czynienia z wieloma eksperymentami brzmieniowymi, stylistycznymi, formalistycznymi, itd. itp. Takie terminy jak muzyka konkretna, punktualizm, muzyka intuitywna, awangarda, muzyka kosmiczna to tylko niewielki fragment tego co się działo w przeszłości w obszarze, który obecnie jest nazywany muzyką elektroniczną.

Jednak mimo wielu możliwości i rozleglej muzycznej przestrzeni fazowej* trudno jest wymyślić coś nowego i intrygującego. Większość kompozytorów wpada w „przetarte szlaki”, powtarza (często nieświadomie) rzeczy, które miały już miejsce w bliższej lub dalszej przeszłości. Na szczęście nie ma na świecie człowieka, który poznałby wszystkie muzyczne obszary (o czym niedawno się przekonałem osobiście rozmawiając z pewną obeznaną w muzyce osobą, która o muzyce elektronicznej po raz pierwszy usłyszała ode mnie) i można natrafić na mniejsze lub większe ciekawostki. W tym kontekście płyta pod intrygującym tytułem Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów (zespołu o nie mniej intrygującej nazwie – Dziecka) może okazać się dla pewnej grupy słuchaczy całkiem miłym zaskoczeniem.

a2677935275_2

Wbrew tytułowi wydawnictwa nie mamy w tym przypadku do czynienia z odgłosami natury tylko z twórczością, którą w przeszłości określano mianem awangardy. Niestety dziś taką twórczość często „wrzuca się do worka” z napisem ‚ambient’ i to bez szczególnego zastanowienia. Czy słusznie? Zdania będą z pewnością podzielone.

Na płycie odnajdziemy zmiksowane brzmienia, które niekoniecznie skojarzą się bezpośrednio z muzyką elektroniczną. Stylistyka poszczególnych kompozycji jest zróżnicowana. Odnajdziemy klimaty rodem z nowej elektroniki, ambientu i gatunków nieelektronicznych (brzmienia jednak są uzyskiwane za pomocą techniki samplingu). Taka mieszanka niesie ze sobą niecodzienne wrażenia. Momentami wydaje się nawet, że twórcy powrócili niejako do korzeni muzyki elektronicznej. Korzeni nierozerwalnie związanych z poszukiwaniami twórczymi i eksperymentem. Niektóre kompozycje mogą przywoływać na myśl awangardowe dokonania zespołu Kraftwerk z lat 70-tych XX wieku (np. z płyty Radio-Activity). Na płycie znajdziemy też utwory mniej eksperymentalne, ciążące ku klasycznemu ambientowi. Nie jest to jednak żadna ujmą dla całości produkcji. Niecodzienne tytuły kompozycji wzmagają wrażenie, że mamy do czynienia z eksperymentem. Moim zdaniem eksperymentem udanym.

Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów nie należą do szczególnie oryginalnych przedsięwzięć. Jednakże na tle innych podobnych produkcji wypadają całkiem jasno. Powinny zadowolić nie tylko niejednego miłośnika ambientu, ale też słuchaczy poszukujący wśród dźwięków generowanych sztucznie czegoś nowego, świeżego.

 

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

 

*przestrzeń wszystkich możliwych stanów w jakich może znajdować się badany układ (np. w oktawie bez półtonów jest 8 dźwięków, więc przestrzeń fazowa obejmuje ponad 40 tysięcy możliwych stanów)

 

Dziecka
Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów
styczeń 2014

http://dziecka.bandcamp.com/album/wilekopowierzchniowe-odg-osy-las-w
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka, recenzje płyt

 

Bez elektronicznych gadżetów.

27 lut

Stefan Wesołowski, urodził się 1985 – kompozytor, skrzypek, recenzent muzyczny. Studiował w Akademii Muzycznej w Gdańsku oraz Académie Musicale de Villecroze we Francji.

Nie mam nic przeciwko muzyce elektronicznej. Jestem jej miłośnikiem, choć nie wszystkie jej odmiany przypadają mi do gustu. Jednak niektóre rzeczy dość mocno mnie denerwują. Szczególnie „podnosi mi ciśnienie” silenie się coraz większej liczby twórców (przeważnie młodych i wspieranych przez media głównego nurtu) na artyzm, kiedy większość pracy (o ile nie cała) jest wykonywana za nich przez technikę (i dotyczy to nie tylko muzyki elektronicznej). Technikę reprezentowaną przez predefiniowane w instrumentach beaty, rytmy, pętle, itp. nie wspominając o czyszczonych cyfrowo głosach wokalistów. Coraz częściej nie trzeba umieć grać (i znać się na tym), by coś stworzyć. Czy jednak taka „twórczość” jest godna uwagi? Nie sądzę. Jakość artystyczna będzie marna, a powtórzeń się nie uniknie. Szkoda tylko że przy tej okazji „giną w tłumie” artyści ambitni i godni uwagi.

W związku z powyższym ciśnie się na usta pytanie, czy w czasach wszechobecnej papki muzycznej (nie tylko elektronicznej) jest miejsce dla ambitnych przedsięwzięć? Zdecydowanie jest i jak pokazuje przykład Liebestod, nie musi to być muzyka elektroniczna. Bez elektronicznych gadżetów (lub ze śladowym ich wykorzystaniem) też można uzyskać intrygujące efekty. Efekty, które niejednemu słuchaczowi skojarzą się z… ambientem.

Na płycie znajdziemy tylko sześć nastrojowych kompozycji. Kompozycji poruszających się w mocno ambientowych, trochę mroczno-nostalgicznych, klimatach. Konstrukcja utworów i barwy jakie popłyną z głośników niejednemu słuchaczowi przywiodą na myśl niebanalne i wyszukane sample (technika samplingu jest obecnie tak mocno rozwinięta, że trudno odróżnić dźwięk naturalnego pochodzenia od sampli). Lektura okładki krążka rozwiewa jednak wszelkie wątpliwości. Utwory powstały przy użyciu klasycznych instrumentów dętych, smyczkowych i fortepianu z drobnym udziałem elektroniki (stanowi głównie tło). Mając tego świadomość, tym bardziej należy docenić kunszt artystów muzyków. Słychać, że Wesołowski inspiruje się klasyką. Na szczęście nie są to żadne wariacje na temat tylko indywidualne spojrzenie. Spojrzenie niezwykłe.

Tytuł Liebestod skojarzy się niektórym melomanom z twórczością Richarda Wagnera. Mi osobiście zawartość płyty przywołała z pamięci cykl audycji pt. Słuchajmy razem prowadzony przez Jerzego Joba w czwartki wieczorem w programie II Polskiego Radia w latach 80-tych XX wieku. W jednym z programów redaktor ów prezentował dokonania, które określił jako klimaty elektroniczne generowane przez instrumenty nieelektroniczne. To co proponuje słuchaczom Stefan Wesołowski (wraz z muzykami towarzyszącymi) jest idealnym przykładem takiej twórczości i to na bardzo wysokim poziomie.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©
(artykuł ukazał się pierwotnie na portalu Wywrota.pl)

 

Stefan Wesołowski
Liebestod
IMPREC397
Important Records 2013
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka, recenzje płyt

 

Wszystko jest muzyką.

30 sty

Bez ciemności nie wiedzielibyśmy co to światło. Bez ciszy nie wiedzielibyśmy co to dźwięki. Czym jest więc antymuzyka?

Żyjemy w takich czasach, że niemal wszystko rozmywa się w niekonsekwentnym, niedokładnym i pozbawionym elementarnej wiedzy nazewnictwie zjawisk. Liczy się tylko szybkość i zdobycie rzeszy odbiorców. Rzetelność ma coraz mniejsze znaczenie. Niestety ta tendencja nie omija muzyki, także tej elektronicznej. Mniejsza z tym, że granice międzygatunkowe ulegają zatarciu, a same gatunki ulegają wymieszaniu. Denerwuje mnie jednak bezkrytyczne przypisywanie pewnych terminów do mało ambitnej muzyki. Tak jest z ambientem.

Ambient znaczy otaczający. Twórcy tego terminu (Brian Eno, lata 70-te XX wieku) chodziło o tworzenie muzyki z szerokim wykorzystaniem dźwięków z otaczającego świata. Z czasem termin nabrał szerszego znaczenia i zaczął oznaczać także muzykę eksperymentalną, minimalistyczną i awangardową, często pozbawioną wyraźnie wyodrębnionego rytmu, wręcz spokojną. Ta ostatnia cecha powoduje, że nagminnie spotykamy się z przypisywaniem do ambientu kompozycji po prostu spokojnych, uspokajających ale nie mających z tym gatunkiem nic wspólnego.

DigitalsimplyWorld na płycie Tout devient la musique (Wszystko staje się muzyką) sięga niejako do źródeł ambientu. Kompozytor stara się w zgromadzonym materiale odpowiedzieć na pytanie co to jest antymuzyka. Najlepiej będzie jak oddam głos artyście.

„[…] Antymuzyka jest zbiorem dźwięków, które podane w sposób zwyczajny, naturalny są częścią świata, którego nie postrzegamy jako muzyki, wręcz przechodzimy obojętnie. […] Dźwięk przesuwanego krzesła jest antymuzyczny, lecz paradoksalnie podany w sposób muzyczny… staje się yin i yang w odpowiednim kontekście. [...]”

Tout devient la musique to mocno zróżnicowany album i niełatwy w odbiorze. Miłośnicy klasycznego ambientu odnajdą jednak wiele przyjemności w odkrywaniu zawartego na nim materiału. Eksperymenty dźwiękowe kompozytora nie są wprawdzie spektakularne, ale zestawienia barw i brzmień poruszą niejednego słuchacza. Każde słuchanie tej płyty to jak odkrywanie na nowo dźwięków i muzyki, której de facto nie uważamy za muzykę. Autor niejako udowadnia, że nawet szum może być muzyką (i wcale nie chodzi tu tzw. noise). Poszukiwania antymuzyki przez twórcę są według mnie jak najbardziej udane. Niestety mam obawy, że mniej wyrobieni słuchacze nie docenią wysiłku kompozytora, nie mówiąc o przesłaniu jakie niesie Tout devient la musique. Obym się mylił.

Muszę przyznać, że płyta zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jej poprawiona wersja z 2014 jeszcze bardziej je wzmogła. Do tego stopnia, że niemal do każdego utworu „skonstruowałem” klip. Kilka linków podaję niżej.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

Tout Devient La Musique

DigitalSimplyWorld 2013, remastered 2014


http://digitalsimplyworld.bandcamp.com/album/tout-devient-la-musique

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka, recenzje płyt

 

DSW „Utopia” – klipy video

21 gru

Kiedy pisałem recenzję tej płyty (tekst znajduje się  tutaj) nie sądziłem, że zrobię do niej więcej niż jeden klip video. Stało się inaczej. Płyta urzekła mnie na tyle, że zmontowałem dalszy materiał:

1. do utworu „Cosmic Ocean”

2. do utworu „Out of Darkness in Light”

3. do utworu „Light from the Sky”

i podejrzewam, że to jeszcze nie koniec.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka