RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘recenzje książek’

„Wołanie Kukułki”, czyli kryminał w świecie mody

26 kwi

wkuku

Ludzie piszą książki z różnych powodów. W przypadku literatury uznawanej za popularną może być to chęć zdobycia rozgłosu/prestiżu, potrzeba przekazania jakiejś historii, czy też swoista odskocznia od rzeczywistości. Niektóre gatunki zwiększają szanse na uzyskanie szerokiego grona odbiorców. Wielu autorów próbuje więc swoich sił. Efekty są różne.

Nie tak dawno świat literatury zelektryzowała wieść o pojawieniu się na rynku nowego autora kryminałów. O Wołaniu kukułki mówiło się jednak głownie w kontekście utrzymywania w tajemnicy prawdziwego autora powieści (kto ukrywa się pod pseudonimem Robert Galbraith). Agent pisarza nie zdradzał kto zacz ( tłumacząc się podjętymi zobowiązaniami). Sprzedaż Wołania kukułki była jednak na tyle mizerna, że agent postanowił ujawnić kto jest prawdziwym autorem. Słupki statystyczne nagle skoczyły, bo książkę napisała znana osoba, poruszająca się jednak w zupełnie innym kręgu literatury. O tym jednak na końcu tekstu.

Powieść nie grzeszy zbytnio oryginalnością. Czytelnik otrzymuje dość standardowy kryminał z prywatnym detektywem w roli głównej. Były wojskowy z problemami osobistymi i zdrowotnymi prowadzi własną agencję detektywistyczną. Nie przelewa mu się. Nie stać go nawet na profesjonalną sekretarkę (zatrudnia osobę z agencji pracy tymczasowej). Sypia w biurze. Kiedy trafia mu się nietypowa sprawa, mimo sceptycyzmu podejmuje się jej. Dochodzenie jest dość ślamazarne. Jedynym w sumie ciekawym elementem jest przekonujące przedstawienie świata mody modelingu niejako „od kuchni”. Główny bohater nie pasuje do tego świata, ale jako człowiek nie związany w żaden sposób z branżą nie wzbudza nieufności. Londyńskie klimaty też nie są bez znaczenia, budują nastrój (możliwe chandlerowskie skojarzenia). Niestety powieść powiela wyprany schemat: ofiara, dochodzenie, wykrycie sprawcy. Wołanie kukułki nie zaskakuje. Umiarkowanie trzyma w napięciu, zawiera kilka nieoczekiwanych zwrotów akcji i może zaskoczyć zakończeniem (choć uważny czytelnik zdoła je przewidzieć). Nie będę jednak zdradzać szczegółów aby nie psuć przyjemności potencjalnym czytelnikom. Jak dla mnie sprawnie napisany kryminał. Nic poza tym. Do poczytania do poduszki jak znalazł.

Na koniec wyjaśnienie tajemnicy przedstawionej na początku tekstu. Któż to taki ten Robert Galbraith? To J. K. Rowling, autorka cyklu o Harrym Potterze. Po Wołanie kukułki sięgnąłem już po ujawnieniu autora. Fakt ten jednak nie był głównym powodem (nie miał dla mnie tak naprawdę znaczenia, byłem ciekaw samego kryminału) zainteresowania książką. Jednakże w powyższym świetle postać sekretarki występującej w powieści uzyskuje ciekawy wydźwięk. Sekretarkę Robin można uznać za alter ego Rowling.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©
recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Wywrota.pl

 

„Orzeł bielszy niż gołębica”, czyli powstanie styczniowe inaczej. 

22 kwi
  • Zaliczane do literatury fantastycznej historie alternatywne są różne. Czasami są to inne, dość prawdopodobne, wersje znanych nam dziejów. Wersje, które powstają na skutek zmiany pewnych wydarzeń z przeszłości (np. powieść „Wallenrod” M.Wolskiego). Czasami to wielce nieprawdopodobne opowieści, w których wykorzystywane są odkrycia lub wynalazki o tajemniczej/nieznanej bliżej proweniencji (np. powieść „Antylód” S.Baxtera). Czasami zaś otrzymujemy coś, co z początku wydaje się mało prawdopodobne, ale przy użyciu środków rodem z fantastyki nabiera ciekawego wydźwięku. Do tej ostatniej grupy zaliczyłbym powieść Konrada T. Lewandowskiego pt. „Orzeł bielszy niż gołębica”.  

    Historia opowiedziana przez autora jest z jednej strony fantazją z elementami steampunku, z drugiej strony całkiem  prawdopodobną opowieścią o innym przebiegu powstania styczniowego (temat dość odległy w czasie, ale do dziś budzący emocje). W wersji Lewandowskiego polski zryw niepodległościowy okazuje się zwycięski. Zwycięstwo jest jednak kruche i w dłuższej perspektywie niepewne. Z ułańską niemalże fantazją, podszytą dawką racjonalizmu, autor kreuje intrygującą wersję historii powstania i walki o utrzymanie niespodziewanego sukcesu. Bezwzględna wojna szpiegów, intrygi, niespodziewane zwroty akcji, niezwykłe ale prawdopodobne wynalazki (pędnia Łukasiewicza), polityczne „zapasy” i nieco naukowego „sosu” może sprawić, że wciągniemy się bez reszty w świat opisywany przez pisarza. Ciekawym zabiegiem jest powiązanie snutej opowieści z naszą rzeczywistością (co doprowadza do oryginalnego zakończenia). Nie będę jednak zdradzał szczegółów, aby nie psuć przyjemności z lektury.  

    Wbrew pozorom nie jest to powieść stricte rozrywkowa. Autor niejako pochyla się nad kilkoma polskimi wadami narodowymi. Szczególnie zwraca uwagę na nadmierny patriotyczny entuzjazm. Entuzjazm, który nie bierze pod uwagę realiów (i to nie tylko politycznych) europejskich.  Czytelnicy interesujący się historią znajdą w książce mnóstwo interesujących odwołań i „smaczków”. Dla mniej zorientowanych w tematyce na końcu książki umieszczono krótkie notki biograficzne postaci występujących na kartach powieści.  Krótka analiza zjawiska ruchu powstańczego i przybliżenie rozwoju techniki militarnej XIX wieku jest ciekawym uzupełnieniem. Warto też wspomnieć, że „Orzeł bielszy niż gołębica” ukazał się w serii wydawniczej „Zwrotnice czasu” (seria zawiera powieści, w których historia Polski potoczyła się nieco inaczej niż jest nam to znane). Przyjemnej lektury. 

    Grzegorz Cezary Skwarliński © 

    „Orzeł bielszy niż gołębica”  

    Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2013  

    Str. 424  

      

     

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje książek

 

„Przypadkowy zabójca”, czyli co słychać w szerokim świecie

03 kwi

Nowa powieść Tomasza Mroza niesie ze sobą nową jakość i… zmianę miejsca akcji. Wprawdzie kulminacja następuje w znanym miłośnikom prozy pisarza środowisku, ale wszystko zaczyna się w Wielkiej Brytanii od tajemniczych indywiduów i ciemnych spraw, do których maluczcy nie powinni mieć dostępu. Szykuje się zamach na premiera.

mroz

Po czymś na kształt kryminału w postaci Przejścia A8 i czymś na kształt horroru w postaci Fabryki wtórów autor sięgnął tym razem po konwencję thrillera politycznego. Na swój sposób jednak tę konwencję zmienił. Dodał nowe elementy i okrasił specyficznym humorem. Nie zabraknie oczywiście komisarza Wątroby (tym razem w dwóch wersjach, nie jest to jednak wizja schizofreniczna) i charakterystycznego klimatu. Nagromadzenie pozornie niezależnych wątków i bohaterów może z początku przytłoczyć i wprowadzić pewną dezorientację. Autor jednak nie gubi się w opowieści. Umiejętnie rozwija fabułę i prowadzi akcję. Wszystko ostatecznie zazębia się ze sobą i zamyka nieoczekiwanym finałem. Niektóre zwroty akcji mogą wydawać się nieco przekombinowane. Mając jednak na uwadze wprowadzenie przez pisarza do tekstu elementów metafizycznych (np. istoty z „dołu” i „góry”; wiekowy, oporny, ale bardzo witalny demon) wydarzenia układają się w logiczną całość. Niejako przy okazji dowiadujemy się, że praca policji i służb specjalnych nie różni się zbytnio w poszczególnych krajach (zniechęcenie, frustracja, podejrzliwość między funkcjonariuszami, „haki” i spychologia). W odróżnieniu do poprzednich pozycji z „cyklu” nie spotkamy (z wyjątkiem jednego epizodu) na kartach powieści „gangu Stalowego”. Nie jest to jednak wielką stratą. Zbyt wiele się dzieje, choć mały niedosyt może być odczuwalny.

Przypadkowy zabójca nie stanowi wyraźnej kontynuacji poprzednich dokonań autora. Z powodzeniem może uchodzić za samodzielną całość. Jednakże znajomość wymienionych wyżej powieści z „serii” pozwoli na lepsze zrozumienie bohaterów i głębsze wejście w klimaty jakimi Tomasz Mróz uwodzi czytelnika. Śledzę od jakiegoś czasu twórczość autora i mogę powiedzieć, że każda kolejna historia jaka wychodzi spod jego pióra przyciąga mnie jak magnes.
 

(nie)przypadkowo wrażenia spisał
Grzegorz Cezary Skwarliński ©

 

Tomasz Mróz, Przypadkowy zabójca
Oficyna Wydawnicza RW2010 2016, e-book
 

Być może ktoś cię obserwuje, czyli „Dziewczyna z pociągu” Pauli Hawkins

24 lis

Do pracy dojeżdżam pociągiem podmiejskim. Czas dojazdu często wykorzystuję na czytanie. Nie zwracam szczególnej uwagi na rozwieszone na ścianach wagonu reklamy (nawet jeśli dotyczą jakiejś książkowej pozycji). Ostatnio jednak jedna z nich przykuła mój wzrok na dłużej. Powodem nie był ani tytuł – Dziewczyna z pociągu, ani informacja o tym, że to bestseller. To umieszczona na plakacie dwu-zdaniowa rekomendacja Stephena Kinga („Znakomity thriller. Nie mogłem się oderwać przez całą noc”) na temat książki wzbudziła moje zainteresowanie. Nie ufam wprawdzie takim „skrótowcom” (nie tylko z reklam, ale też umieszczanym na okładkach książek) na temat danej pozycji, tym razem postanowiłem jednak zaryzykować. Okazja do zapoznania się z powieścią pojawiła się szybciej niż przypuszczałem.

dzp

Dziewczyna z pociągu to prosta z pozoru historia opowiedziana z punktu widzenia trzech kobiet: alkoholiczki, szczęśliwej matki i bezdzietnej (nieco niezrównoważonej) mężatki. Losy bohaterek splatają się ze sobą w wyniku różnych wydarzeń, nie zawsze przypadkowych. Jak się zaczyna? Leniwie, jak dla mnie nawet zbyt leniwie. Brnę jednak dalej w przeświadczeniu, że dobry thriller buduje napięcie powoli. Nieśpiesznie i nielinearnie prowadzona opowieść jest trochę chaotyczna, tak jak chaotyczne jest życie bohaterek. Powoli poznaję ich przeżycia,rozterki, decyzje, obawy, lęki, wyobrażenia, oczekiwania, tajemnice. Gdzieś w tyle głowy czai się zwątpienie i szepcze, że powinienem przerwać, że nie warto czytać, że się wynudzę. Przewracam jednak kolejne kartki i ku mojemu zdziwieniu wsiąkam w opisywaną historię. Nie mogę się od niej oderwać mimo, że napięcie nie należy do wysokich (stopniowo jednak narasta do zaskakującego finału). Mógłbym pisać dalej, przybliżyć bardziej akcję powieści. Nie będę jednak psuł przyjemności z lektury czytelnikom, którzy zdecydują się sięgnąć po tę książkę więc milknę.

Thriller czy kryminał? Odpowiedź nie jest łatwa. Mało tu elementów, które kojarzę z wymienionymi gatunkami. Napięcie wprawdzie jakieś jest, jednak obecność stróżów prawa nazwałbym symboliczną. Moim zdaniem Dziewczyna z pociągu to swoiste studium psychologiczne utrzymane w duchu thrillera. Wiarygodnie opisane bohaterki (zwyczajne osoby,ale niemal namacalne, niejedna z nich mogłaby być osobą z naszego sąsiedztwa) to najważniejszy z atutów. Poza tym książka wzbudza trudny do jednoznacznego określenia niepokój. Oddziałuje w zaskakujący sposób na podświadomość. Rodzą się niechciane pytania. Czy przypadkiem ktoś nas nie obserwuje z okien pociągu (a może taka osoba siedzi właśnie obok mnie)? Czy nie wymyśla własnej historii naszego życia? Nie odkrywa naszych tajemnic? Zna nas bardziej niż tego chcielibyśmy? Nie dziwię się Kingowi, że nie mógł się oderwać przez całą noc.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

Paula Hawkins
Dziewczyna z pociągu
Świat Książki 2015
str. 328
 

„Nazywam się czerwień”

07 sie

Tkwimy w kręgu zachodniej kultury przez co jest nam znana głównie literatura anglo-amerykańska, germańska, romańska i słowiańska. Dokonania literackie z innych obszarów kulturowych są słabo reprezentowane i często trudno dostępne. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że w świadomości zbiorowej są prawie nieobecne. Od czasu do czasu przebijają się jednak jakieś nazwiska. Czasami z powodu przyznanej nagrody Nobla, czasami z powodu jakiejś ekranizacji, czasami z powodu jakiegoś skandalu kulturowo-obyczajowego (np. Szatańskie Wersety Rushdiego). Rzadko bywa, że jakiś autor „wypłynie” bez wyraźnego powodu (oczywiście wyjątki istnieją, choćby Haruki Murakami). To co się dzieje w obszarze literatury w państwach islamu, z wyżej wymienionych powodów, jest w zasadzie dla większości z nas zagadką. Dlatego jak tylko nadarzyła się okazja, sięgnąłem do twórczości Orhana Pamuka. Powieść jaka wpadła w moje ręce do nowości nie należy (oryginał z 1998). Nie ma to jednak żadnego wpływu na lekturę. O jakiej książce mowa? O powieści Nazywam się czerwień

czerwien

Intrygujący tytuł nieprawdaż? Początek jest nie mniej intrygujący. Wprawdzie zaczyna się od morderstwa ale opinia trupa na temat mordercy i popełnionego czynu nie jest już standardowym posunięciem. Czy w ręku trzymamy więc kolejny kryminał (szczególnie, że coś na kształt śledztwa jest prowadzone)? A może powieść historyczną (akcja toczy się na terenie imperium osmańskiego pod koniec XVI wieku)? Można powiedzieć, że po części i to, i to. Traktowałbym jednak powyższe elementy jako swego rodzaju sztafaż literacki. Niezbędne wzbogacenie tła opowiadanej historii. O czym więc jest powieść? O miniaturzystach, ilustratorach osmańskich kontynuujących perskie tradycje i pewnej księdze (w zasadzie ilustracjach do niej), której wykonanie zlecił sułtan. Dzieło miało pokazać zachodniemu światu chwałę i potęgę władcy Imperium Osmańskiego ale ze względu na charakter stojący w opozycji do zasad religii muzułmańskiej (tekst ilustrowany miniaturami wykonanymi na zachodnią modłę, czyli sztuka figuratywna, a to w islamie jest zabronione) jego wykonanie jest utrzymywane w tajemnicy. Powstawanie owej księgi staje się pretekstem do ukazania ludzkich emocji, żądz (sława, pieniądz), rozterek (malować czy nie malować, ilustrować dla zysków czy dla sławy, czy indywidualny styl jest pożądany czy naganny) problemów i uczuć jakimi są targani bohaterowie. Oprócz zbrodni znajdziemy tu intrygę, tajemnicę, namiętny wątek miłosny, a nawet wstawki o filozoficznym zabarwieniu. Historia snuta jest przez wielu narratorów. Nie ma wyraźnie wyodrębnionego głównego bohatera. Poznajemy więc różne punkty widzenia. Nietypowe tytuły rozdziałów/części wskazują kto prowadzi w danym momencie opowieść. Szczególnie intrygujące mogą być przemyślenia wyrażane przez postaci (i rzeczy, wypowiada się nawet jedna z barw) pozornie nie mających związków z akcją ale mocno związanych z tematem miniatur. Poznamy m.in. co myśli narysowany pies, jakie zdanie ma szatan na temat ilustracji i samozachwyt czerwieni.

Niejako przy okazji autor opisuje stare perskie metody ilustrowania gdzie nie liczyło się idealne odwzorowanie rzeczywistości. Dążono do uchwycenia idei, esencji przedstawianego przedmiotu, zwierzęcia, itp. co pozwalało mistrzom malować nawet kiedy tracili wzrok (a tracili często w wyniku wieloletniego ślęczenia nad różnymi miniaturami).

Czytam różne powieści, poznaję różne historie. Niektóre z nich potrafią wciągnąć w swój świat do tego stopnia, że pochłaniam je w ekspresowym tempie. Są jednak pozycje, które z różnych powodów „smakuję” powoli. Nazywam się czerwień należy do tego grona. W tej powieści każdy szczegół jest ważny (jak w miniaturze) choć z pozoru może wydawać się inaczej. Nie ukrywam, że w przyszłości być może ponownie sięgnę po ten tytuł aby poszukać szczegółów, których nie odkryłem podczas pierwszego spotkania.

Czym więc jest Nazywam się czerwień? To powieść o sztuce, kulturze i twórcach tychże. Opowieść o kulturze odmiennej, nieeuropejskiej. Kulturze nie gorszej, choć też nie lepszej, po prostu innej. Elementarna wiedza na temat islamu może okazać się pomocna podczas lektury. Nie jest jednak niezbędna.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

 

Steampunk w pełnej krasie, czyli „Antylód” Stephena Baxtera

25 paź

Steampunk to nurt stylistyczny w kulturze (literatura, film, komiks, moda). Odmiana fantastyki często uważana za odłam cyberpunku. Jednak w przeciwieństwie do cyberpunku technika otaczająca bohaterów jest oparta na mechanice, a nie elektronice. Steampunk nawiązuje do twórczości: Juliusza Verne’a, Herberta George’ Wellsa, Marka Twaina

2079246c_jpg-lg

Niemal każdy miłośnik literatury fantastycznej wie co to jest steampunk albo przynajmniej coś słyszał o tym gatunku. Niektórzy porównują ten nurt do cyberpunku. Moim zdaniem różnica jest jednak istotna (i nie chodzi tu o urządzenia techniczne). Powieści steampunkowe to tak naprawdę historie alternatywne, a nie wizje przyszłości. Historie osadzone w wieku pary i węgla gdzie bardzo ważną rolę odgrywają wszelkiego rodzaju przedziwne machiny napędzane niekoniecznie znanymi nam obecnie źródłami energii. Powieści zaliczane do tego gatunku są różne. Znajdziemy w nich mniej lub bardziej intrygujące pomysły, tajemnicze substancje i energie (odgrywające niebagatelną rolę w opowiadanej historii), dziwne postacie, rozbudowaną maszynerię (czasami aż do przesady). Antylód Baxtera idealnie wpisuje się w ten nurt, chociaż kiedy wizja ukazała się drukiem (wydanie brytyjskie 1993) o steampunku jeszcze nic nie słyszałem.

Akcja powieści rozgrywa się pod koniec XIX wieku i jest na tyle wartka, że trudno oderwać się od lektury. Technika odgrywa oczywiście tutaj najważniejsza rolę, ale nie mniej ważne są wątki sensacyjne i społeczno-polityczne. Obecność przeróżnych, nieprawdopodobnych wręcz machin, nieoczekiwane wydarzenia i zwroty akcji oraz zaskakująca wyprawa na… Księżyc nieuchronnie kierują myśli ku twórczości Verne’a (trzeba przyznać, że klimat powieści jest bardzo zbliżony do dokonań tego pisarza, co pewnie było zamierzeniem Baxtera). Mimo tego autor Antylodu nie stroni od poruszania poważniejszych tematów. Baxter pokusił się nawet o swego rodzaju analizę stylu prowadzenia rządów (w opisywanym przypadku brytyjskich). Bohaterowie podczas jednej z wielu dyskusji spierają się nad tym, czy jeden naród ma prawo narzucać innym swój model państwa wykorzystując przy tym swoją przewagę technologiczną i ekonomiczną. W kontekście dzisiejszej polityki międzynarodowej Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej można uznać te wplecione w tekst przemyślenia autora powieści za swoistą antycypację.

Co można napisać tytułem podsumowania? Moim zdaniem Antylód to ciekawa pozycja rozrywkowa, która przypadnie do gustu wielu miłośnikom steampunku i przyjemnie wypełni czas wolny w niejeden jesienny wieczór.

 

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl

 

 

Stephen Baxter
Antylód
polskie wydanie: Zysk i S-ka 2003
s.272
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje książek

 

Zanosi się na długą historię, czyli „Długa wojna” Terry’ego Pratchetta i Stephena Baxtera

19 cze

Lektura Długiej Ziemi była dla mnie na tyle interesująca, że nie omieszkałem sięgnąć po dalszy ciąg historii ziemskich światów równoległych w postaci Długiej wojny. Nie ukrywam, że nazwisko jednego z autorów jest dla mnie ciągle nieustającym magnesem, więc sięgam niemal po wszystko sygnowane znakiem sir Pratchetta. Niestety druga część cyklu nie spełniła moich oczekiwań. Można nawet powiedzieć, że w pewnym stopniu mnie rozczarowała.

216310-352x500

Sięgając po Długą wojnę liczyłem na sporą dawkę niekonwencjonalnych pomysłów i humoru. Niestety nie znalazłem ich w opowiadanej historii (w szczególności charakterystycznej dla poprzedniej części ironii). Reaktywacja niektórych bohaterów (np. siostry Agnes) pewnie miała wprowadzić pewne humorystyczne urozmaicenie, ale moim zdaniem wyszło to mało ciekawie. Nagromadzenie luźno powiązanych ze sobą wątków również nie poprawia ogólnego odbioru. Niektóre z nich wydają się wręcz zbędne (np. wątek inteligentnych „psów-wilków”). Według mnie nie wnoszą nic istotnego do snutej opowieści. Były nawet momenty, kiedy nabierałem podejrzeń, że zostały dodane w celu uzyskania odpowiedniej objętości powieści. Tytuł książki też może okazać się mylący. Wojna w powieści jest jakaś mało wojenna, choć to akurat nie powinno być zaskoczeniem. Specyfika opisywanego ciągu światów równoległych powoduje, że i wojna jest inna niż wszystkie (można jednak wyłuskać z tekstu odwołania do amerykańskiej wojny o niepodległość). Zakończenie powieści pozostawia spore pole do kontynuowania cyklu. Sugeruje też powody, dla których ludzie uzyskali zdolność przekraczania do światów równoległych.

Jak można podsumować całość? Mam mieszane uczucia. Długa wojna z jednej strony jest dobrą, sprawną literaturą. Z drugiej sprawia wrażenie nie do końca przemyślanej kontynuacji. Będzie oczywiście grono niezadowolonych odbiorców jak i entuzjastów. Ci czytelnicy, którzy nie znają poprzedniej części cyklu, mogą mieć trudności ze zrozumieniem niektórych wątków. Niestety ta część wypada blado na tle jej do poprzedniczki. Ot, takie czytadło fantastyczne. Nic poza tym. Może w kolejnej odsłonie cyklu (Długi Mars) będzie lepiej.

 Grzegorz C. Skwarliński ©

 

Terry Pratchett, Stephen Baxter
Długa wojna
Prószyński Media, marzec 2014
str. 448

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje książek

 

Komisarz Wątroba znów w akcji, czyli „Fabryka wtórów”

23 mar

Ekspansja e-booków na rynku wydawniczym jest coraz bardziej zauważalna. Nowe, klasyczne w formie, wydawnictwa ukazują się także w wersji elektronicznej. Jeśli tak się nie dzieje, często kończy się to mniejszą sprzedażą, a nawet czymś na kształt oburzenia czytelniczego (vide przypadek Sezonu burz Sapkowskiego). W tej masie pojawiają się też książki, które nie potrzebowały do swojego powstania papieru.  Istnieją oficyny zajmujące się wydawaniem wyłącznie pozycji w formie elektronicznej (jedną z nich jest RW2010). Z jednej strony jest to pewien minus (czytniki e-booków nie są jeszcze zbyt atrakcyjne cenowo dla przeciętnego odbiorcy). Z drugiej strony jest to plus (bywa, że e-booki są znacząco tańsze od wydawnictw tradycyjnych, często też zdarzają się atrakcyjne promocje). Na szczęście forma nie ma większego wpływu na przyjemność płynącą z lektury.

Od momentu kiedy stałem się szczęśliwym posiadaczem czytnika e-booków szybko przekonałem się o zaletach tego urządzenia. Dzięki niemu poznałem opowieści, które w tradycyjnej formie są nieosiągalne. Jedną z nich była powieść pt. Przejście A8 Tomasza Mroza. Historia w niej opowiedziana na tyle mnie wciągnęła w swój świat, że postanowiłem sięgnąć po następną książkę tegoż autora. Szczególnie, że dzięki uprzejmości pisarza okazja nadarzyła się zaskakująco szybko.

Bohaterowie Fabryki wtórów są znani z poprzednich powieści autora, choć sama Fabryka nie jest ich dosłowną kontynuacją. Jak dla mnie jest to plus. Nie trzeba poznawać innych dokonań autora aby zorientować się w fabule. Niektóre postacie (Nowak) występujące w książce mogą jednak nieco zmylić  czytelników znających wcześniejsze perypetie komisarza Wątroby. W odróżnieniu od Przejścia A8 nie mamy tym razem, wbrew pozorom, do czynienia z kryminałem. Komisarz  prowadzi wprawdzie coś na kształt śledztwa, ale jest to raczej prywatna próba rozwikłania pewnej dość zawiłej tajemnicy z przeszłości i teraźniejszości. Czy ta próba jest udana? Wszystko zależy od indywidualnej interpretacji czytelnika. Dla niektórych odbiorców zakończenie będzie zadowalające. U innych wyzwoli chęć poznania dalszych losów ludzi i ich kopii (ups, lepiej dalej nie pisać aby zbyt wiele nie zdradzić).

Powieść jest okraszona charakterystycznym humorem (często rubasznym) i subtelną ironią (nie tylko na temat policji i polskiego społeczeństwa). Poczujemy sympatię do „gangu Stalowego”, pośmiejemy się z przypadków komisarza Wątroby i zastanowimy się nad sensem istnienia. Często też poczujemy powiew subtelnej grozy. Powieść nie omija lokalnych (i nie tylko) problemów codzienności wprowadzając jednocześnie sporo elementów realizmu magicznego. Pod płaszczykiem ciekawej, momentami intelektualnej rozrywki autor przemyca pokaźną dawkę przemyśleń na temat społeczeństwa i naszej rzeczywistości.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

Tomasz Mróz
Fabryka wtórów
Oficyna Wydawnicza RW2010 2013
e-book

 

Kryminał metafizyczny, czyli „Przejście A-8″

12 mar

Konwencja kryminału jest trudna do przełamania. Zbrodnia, śledztwo (często żmudne i zawiłe) i następujące po nich wykrycie sprawców (rozwikłanie zagadki). Wielu pisarzy próbowało i próbuje na różne sposoby łamać ten schemat.

Konwencja kryminału jest trudna do przełamania. Zbrodnia, śledztwo (często żmudne i zawiłe) i następujące po nich wykrycie sprawców (rozwikłanie zagadki). Wielu pisarzy próbowało i próbuje na różne sposoby łamać ten schemat. Wychodzi różnie. Czasami interesująco, czasami śmiesznie, czasami smutno. Bywa, że tragicznie. Często nieprzekonująco. Do tej pory nie spotkałem się jednak z połączeniem wątków kryminalnych i metafizycznych okraszonych tematyką sensacyjną i społeczną. W dodatku zanurzonych w sosie subtelnej ironii. Przejście A-8 Tomasza Mroza takie właśnie jest.

Enigmatyczny tytuł powieści nie zachęca zbytnio do czytania. Jednak to co odkryjemy na jej kartach może pozytywnie zaskoczyć. Są oczywiście trupy. Jest także jakieś śledztwo. Nie ono jednak okazuje się najważniejsze. Zbrodnia jest tu tylko pretekstem do przedstawienia przeżyć, przemyśleń, pragnień i żądz bohaterów. Co popycha ich do takiego a nie innego działania. Mimo zawarcia wielu osobistych przemyśleń bohaterów powieść nie należy do „ciężkich”, a wspomniane wątki metafizyczne są ciekawie wmontowane w całość. Szczególnie intrygująca jest wizja świata po śmierci (pseudośmierci?) jednej z głównych postaci opisywanej historii. Biurokracja, formularze i kruczki prawne okazują się nie mniej ważne niż na naszym „ziemskim łez padole”. I chyba na tym powinienem zakończyć aby nie zdradzać szczegółów i tym samym nie pozbawiać czytelników przyjemności płynącej z lektury. Bo przyjemność jest. I to duża. Każdy z prowadzonych wątków jest ważny, a autor nie gubi się w ich mnogości. Przeskoki w czasie nie rozpraszają (za to po części wyjaśniają niektóre tajemnice). Obraz rzeczywistości jest wiarygodny, przedstawiony z pewną dawką humoru ale też nie pozbawiony gorzkiej ironii. Uważny czytelnik odnajdzie w powieści elementy realizmu magicznego.

Warto wspomnieć, że książka ukazała się wyłącznie w wersji elektronicznej. Nie jest to może rozwiązanie doskonałe (rynek e-booków w Polsce nie jest jeszcze mocno rozwinięty), ale przynajmniej do powstania powieści nie przyczyniło się żadne drzewo (co jest wyraźnie zaznaczone w wydawnictwie).

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

Tomasz Mróz, Przejście A-8
Oficyna Wydawnicza RW2010, 2012
E-book

 

Dla każdego coś miłego, czyli „Teorie spisków”

20 lut

„Teorie spisków” to swoista wyprawa po tajemnicach ludzkości, nierozwiązanych zagadkach i wzbudzających podejrzenia wydarzeniach. Lektura miejscami wciągnie, miejscami odpręży, troszkę pobudzi wyobraźnię.

Zawsze mam mieszane uczucia kiedy sięgam po jakąkolwiek antologię. Z jednej strony otrzymuję przekrój twórczości różnych autorów (opracowany przeważnie według jakiegoś klucza). Z drugiej strony mam świadomość, że takie wydawnictwa często grzeszą swoją nierównością. Teorie spisków nie zaskoczyły mnie pod tym względem.

W pierwszej chwili zbiorek skojarzył mi się z kompilacją różnych teorii spiskowych. Co, nie ukrywam, zaciekawiło mnie. Po zapoznaniu się z wprowadzeniem poczułem lekki zawód, że to „tylko” szeroko pojęta fantastyka. Fakt, że książka jest pokłosiem pewnego konkursu literackiego także nie nastrajał mnie pozytywnie. Na szczęście lektura opublikowanych opowiadań prawie zniwelowała moje początkowe rozczarowanie. Dlaczego prawie? O tym dalej.

Wszystkie teksty łączy szeroka i miejscami dość luźno potraktowana tematyka teorii spiskowych. Opowiadania wyszły spod piór debiutantów i mało znanych autorów. Dzięki temu do rak czytelników trafił zbiór opowiadań o stosunkowo świeżym i oryginalnym spojrzeniu. Niektóre z prezentowanych wizji dadzą do myślenia (Fatum Lotto), inne zaciekawia swoja fabułą (Dziesiąta), jeszcze inne zaskoczą tematyka i formą (Kriodestrukcja, czyli teoria zimowego spisku). Jak to w tego typu wydawnictwach bywa spotkamy też niestety teksty trochę zbyt przewidywalne i poruszające wyeksploatowane tematy obecne w teoriach spiskowych (Ziarno niepewności). Wszystko jednak zależy od gustu. Jak dla mnie Teorie spisków to swoista wyprawa po tajemnicach ludzkości, nierozwiązanych zagadkach i wzbudzających podejrzenia wydarzeniach. Lektura miejscami wciągnie, miejscami odpręży, troszkę pobudzi wyobraźnię. Rozrywka na dobrym poziomie do przeczytania w jeden wieczór.

Wróćmy do mojego początkowego, nie całkiem rozwianego, rozczarowania. Są w książce drobne „zgrzyty”. Jednego z wyróżnionych opowiadań (Od Minotaura, czyli krótka historia o początkach kapitalizmu) brakuje w zestawieniu, a Róża Tudorów nie pasuje mi do tematyki antologii (w zbiorku opowiadań historycznych byłaby na miejscu ale nie tutaj). Moim zdaniem niedobrze się stało, że lista nagrodzonych nie pokrywa się z zawartością zbioru. Nie wiem czy to błąd, czy są inne powody tego stanu rzeczy. Dla mnie wygląda to dość nieprofesjonalnie, choć pewnym usprawiedliwieniem może być niedoświadczenie wydawnictwa, bo Teorie spisków to także debiut wydawniczy.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

(artykuł pochodzi z portalu wywrota.pl)

 
Teorie spisków. Antologia
Wydawnictwo Craiis
Kraków 2013
str. 264
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje książek