RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘recenzje płyt’

DigitalSimplyWorld – NEUTRINO

03 lip
Wielowarstwowa muzyczna opowieść w fantastycznych klimatach.

 

Czy płodność twórcy ma wpływ na jakość dzieł wychodzących spod jego palców? Na pewno. Czy prawdziwa jest jednak teza panująca w przestrzeni publicznej, że im więcej, tym gorzej? Czy duża ilość dzieł przedkłada się na ich gorszą jakość (i odwrotnie)? Ta reguła nie pokrywa się z działalnością wszystkich twórców. Można tworzyć niewiele i marnie, można tworzyć dużo i na dobrym, często wysokim, poziomie. W dziedzinie muzyki elektronicznej przykładem na to drugie jest działalność kompozytorska DigitalSimplyWorld.

Muzyk ten od lat konsekwentnie eksploruje elektroniczno-eksperymentalne obszary dźwięków. Kolejne płyty ukazują się jednak na tyle szybko, że trudno uważniej zapoznać się ze starszymi dokonaniami twórcy. Poświęcenie większej ilości czasu na takie dokonania jest jednak wskazane. I to nie tylko by docenić pomysłowość kompozytora. Wśród ostatnio opublikowanych przez DSW płyt na dłuższą uwagę zasługuje tryptyk opatrzony tytułem NEUTRINO.


machine

 

Pierwsza część cyklu może zaskoczyć swoim specyficznym brakiem muzyki (w powszechnym rozumieniu tego terminu). Ten brak jest jednak pozorny. Choćby dlatego, że wszystko jest muzyką (co kompozytor udowadniał płytą Tout Devient La Musique ). Mroczny ambientowy klimat „rozlewa się” na machine od samego początku i wymaga pewnego skupienia (uruchomienie wyobraźni podczas słuchania może być bardzo pomocne). Bliżej niesprecyzowane odgłosy, minimalistyczny rytm i industrialne barwy budują tajemniczy i nieco mroczny klimat. Drugi utwór przynosi nieco odprężenia dzięki swojej hipnotycznej rytmice i może zaskoczyć końcową recytacją. Nie jest to do końca dobry pomysł, ale biorąc pod uwagę cały tryptyk, taki zabieg ma swoje uzasadnienie.

 

passenger

Kolejna płyta z cyklu jest dość krótka i niesie ze sobą bardziej klasyczne (i mniej eksperymentalne) ambientowe klimaty. Monotonny rytm jedynej kompozycji może przywoływać skojarzenia z jakąś bliżej nieokreśloną podróżą… pociągiem. Całkiem ciekawe i nadspodziewanie uspokajające, ale szczególnie nie zaskakuje. To zwyczajna podróż. Czasami trzeba odbyć też takie.

 


operator

Trzecia płyta to coś na kształt słuchowiska. Recytowany tekst nie pozostawia zbyt wielu złudzeń. Jest to jednak część, która „wyjaśnia” całą dźwiękową opowieść i spaja ją w całość, więc nie należy się zrażać na wstępie. Podczas słuchania mogą pojawiać się różne skojarzenia związane z szeroko pojętą fantastyką. Mi osobiście przyszła na myśl pewna idea propagowana swego czasu przez nieżyjącego już Stockhausena polegająca na traktowaniu głosu ludzkiego jak każdego innego instrumentu muzycznego. DSW jest jeszcze daleki od tego. Pewne przesłanki jednak powstały i w przyszłości wszystko jest możliwe.

Całość wyszła całkiem interesująco. Jedna część dłuższa, dwie krótsze. Niemal jak w klasycznym tryptyku, w którym mniejsze składowe (np. skrzydła obrazu) stanowią uzupełnienie głównego dzieła będąc jednocześnie jego niezbędnym elementem potrzebnym do zrozumienia całości. Mogą oczywiście funkcjonować w oderwaniu jako samodzielne części, ale ich odbiór będzie wtedy niepełny.

Wszystkie części NEUTRINO istnieją w formie wirtualnej, dostępne są w internecie w postaci plików mp3. Taki znak czasów (klasyczna płyta CD to już niemal rarytas). Kompozytor dzieli się jednak swoją twórczością ze słuchaczami bez pobierania jakichkolwiek opłat. Idea wolnej kultury w praktycznym zastosowaniu (co jawnie stoi w opozycji do opinii „znawców” twierdzących, że za jakość kultury trzeba płacić).

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

 

NEUTRINO – machine

NEUTRINO – passenger

NEUTRINO – operator

 

Klasyczna muzyka elektroniczna ma się dobrze, czyli „Analog Overdose 5”

30 wrz

Od Analog Overdose 4 duet Fanger/Schönwälder uraczył fanów muzyki elektronicznej niejednym wspólnym przedsięwzięciem. Przedsięwzięciem niekoniecznie sygnowanym znaczkiem AO. Dopiero płyta wydana w kwietniu 2014 wróciła niejako do „korzeni”. Nie tylko poprzez powrót do numeracji tej swoistej serii, ale także przez obecność gitary pod palcami Lutza Grafa-Ulbricha (człowiek legenda związany m.in. z Agitation Free, wystąpił na pierwszej płycie z w/w cyklu). Czy w związku z powyższym Analog Overdose 5 to nadal analogowe przedawkowanie jak w przypadku starszych wydawnictw? Moim zdaniem i tak, i nie.

mrcd7100

Na krążku napotkamy raczej krótkie (czasami mocno wpadające w ucho) kompozycje, które nie do końca będą przystawać do „przyzwyczajeń” niejednego fana muzyki elektronicznej (w szczególności tej w berlińskiej sekwencyjnej odmianie). Nastroje niesione przez zgromadzone na płycie utwory są dość zróżnicowane. Usłyszymy echa jazzu, funky, rocka progresywnego, ambientu i krautrocka, a basowo-hipnotyczny rytm przywiedzie skojarzenia z transem. Taka mieszanka może przyprawić o swoisty „ból głowy” i stwarzać wrażenie niespójności. O dziwo, tak nie jest. Muzycy mieszają powyższe elementy z łatwością, zapałem i energią, bez słyszalnych zgrzytów i dysharmonii. Mimo takiej różnorodności elektroniczne sekwencje generowane przez trio (momentami duet) nie odbiegają aż tak daleko od klasycznych korzeni muzyki elektronicznej jak mogłoby się w pierwszej chwili wydawać. Kompozycja zamykająca zrekompensuje zaś niedosyt jaki mógłby powstać u niektórych miłośników klasycznej muzyki elektronicznej podczas słuchania.

Wyczyny artystów mogą zawstydzić niejednego młodego twórcę „buszującego” w generowanych sztucznie dźwiękach. Ozdobą płyty jest ponad 22 minutowy Frankfurter Allee nagrany podczas sesji na żywo w samochodzie podczas jazdy przez Berlin. Kompozycja powstała przy pomocy słynnej gitary Gibson SG Lutz oraz… 2 iPadów do spółki z 2 iPhonami (promocyjny fragment znajduje się tutaj).

Na zakończenie warto odpowiedzieć na postawione wcześniej pytanie o przedawkowanie. Według mnie takiej muzyki nigdy za mało. Klimaty i rodowód oczywiście analogowy, użyte środki wyrazu w większości cyfrowe. Czy to źle? Moim zdaniem nie. Wręcz przeciwnie.

Grzegorz Cezary Skwarliński

(artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl)

Fanger & Schönwälder feat. Lutz Graf-Ulbrich
Analog Overdose 5
Manikin Records MRCD 7100, 2014
 
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka, recenzje płyt

 

Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów

26 cze

Coraz częściej spotykam się z twierdzeniem, że w muzyce wszystko już było. Nie jest to prawda, choć słuchając tego co proponują media głównego nurtu, można odnieść takie wrażenie (covery wszelkiej maści, kompozycje tak podobne do siebie, że niemal ocierające się o plagiat). Liczba kombinacji (choćby w przypadku tonów i półtonów tylko z trzech oktaw) jest jednak na tyle duża, że jeszcze nie wszystko zostało wymyślone i zagrane. Dlatego też przy odpowiedniej chęci poszukiwań można znaleźć intrygujące kawałki.

Mógłbym wymienić w tym miejscu kilka ciekawych kierunków jakimi podążała muzyka (nie tylko elektroniczna), ale nie to jest celem niniejszej recenzji (nie mówiąc o objętości takiego „spisu-tekstu”). Wspomnę tylko, że w historii muzyki mieliśmy do czynienia z wieloma eksperymentami brzmieniowymi, stylistycznymi, formalistycznymi, itd. itp. Takie terminy jak muzyka konkretna, punktualizm, muzyka intuitywna, awangarda, muzyka kosmiczna to tylko niewielki fragment tego co się działo w przeszłości w obszarze, który obecnie jest nazywany muzyką elektroniczną.

Jednak mimo wielu możliwości i rozleglej muzycznej przestrzeni fazowej* trudno jest wymyślić coś nowego i intrygującego. Większość kompozytorów wpada w „przetarte szlaki”, powtarza (często nieświadomie) rzeczy, które miały już miejsce w bliższej lub dalszej przeszłości. Na szczęście nie ma na świecie człowieka, który poznałby wszystkie muzyczne obszary (o czym niedawno się przekonałem osobiście rozmawiając z pewną obeznaną w muzyce osobą, która o muzyce elektronicznej po raz pierwszy usłyszała ode mnie) i można natrafić na mniejsze lub większe ciekawostki. W tym kontekście płyta pod intrygującym tytułem Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów (zespołu o nie mniej intrygującej nazwie – Dziecka) może okazać się dla pewnej grupy słuchaczy całkiem miłym zaskoczeniem.

a2677935275_2

Wbrew tytułowi wydawnictwa nie mamy w tym przypadku do czynienia z odgłosami natury tylko z twórczością, którą w przeszłości określano mianem awangardy. Niestety dziś taką twórczość często „wrzuca się do worka” z napisem ‚ambient’ i to bez szczególnego zastanowienia. Czy słusznie? Zdania będą z pewnością podzielone.

Na płycie odnajdziemy zmiksowane brzmienia, które niekoniecznie skojarzą się bezpośrednio z muzyką elektroniczną. Stylistyka poszczególnych kompozycji jest zróżnicowana. Odnajdziemy klimaty rodem z nowej elektroniki, ambientu i gatunków nieelektronicznych (brzmienia jednak są uzyskiwane za pomocą techniki samplingu). Taka mieszanka niesie ze sobą niecodzienne wrażenia. Momentami wydaje się nawet, że twórcy powrócili niejako do korzeni muzyki elektronicznej. Korzeni nierozerwalnie związanych z poszukiwaniami twórczymi i eksperymentem. Niektóre kompozycje mogą przywoływać na myśl awangardowe dokonania zespołu Kraftwerk z lat 70-tych XX wieku (np. z płyty Radio-Activity). Na płycie znajdziemy też utwory mniej eksperymentalne, ciążące ku klasycznemu ambientowi. Nie jest to jednak żadna ujmą dla całości produkcji. Niecodzienne tytuły kompozycji wzmagają wrażenie, że mamy do czynienia z eksperymentem. Moim zdaniem eksperymentem udanym.

Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów nie należą do szczególnie oryginalnych przedsięwzięć. Jednakże na tle innych podobnych produkcji wypadają całkiem jasno. Powinny zadowolić nie tylko niejednego miłośnika ambientu, ale też słuchaczy poszukujący wśród dźwięków generowanych sztucznie czegoś nowego, świeżego.

 

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

 

*przestrzeń wszystkich możliwych stanów w jakich może znajdować się badany układ (np. w oktawie bez półtonów jest 8 dźwięków, więc przestrzeń fazowa obejmuje ponad 40 tysięcy możliwych stanów)

 

Dziecka
Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów
styczeń 2014

http://dziecka.bandcamp.com/album/wilekopowierzchniowe-odg-osy-las-w
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka, recenzje płyt

 

Bez elektronicznych gadżetów.

27 lut

Stefan Wesołowski, urodził się 1985 – kompozytor, skrzypek, recenzent muzyczny. Studiował w Akademii Muzycznej w Gdańsku oraz Académie Musicale de Villecroze we Francji.

Nie mam nic przeciwko muzyce elektronicznej. Jestem jej miłośnikiem, choć nie wszystkie jej odmiany przypadają mi do gustu. Jednak niektóre rzeczy dość mocno mnie denerwują. Szczególnie „podnosi mi ciśnienie” silenie się coraz większej liczby twórców (przeważnie młodych i wspieranych przez media głównego nurtu) na artyzm, kiedy większość pracy (o ile nie cała) jest wykonywana za nich przez technikę (i dotyczy to nie tylko muzyki elektronicznej). Technikę reprezentowaną przez predefiniowane w instrumentach beaty, rytmy, pętle, itp. nie wspominając o czyszczonych cyfrowo głosach wokalistów. Coraz częściej nie trzeba umieć grać (i znać się na tym), by coś stworzyć. Czy jednak taka „twórczość” jest godna uwagi? Nie sądzę. Jakość artystyczna będzie marna, a powtórzeń się nie uniknie. Szkoda tylko że przy tej okazji „giną w tłumie” artyści ambitni i godni uwagi.

W związku z powyższym ciśnie się na usta pytanie, czy w czasach wszechobecnej papki muzycznej (nie tylko elektronicznej) jest miejsce dla ambitnych przedsięwzięć? Zdecydowanie jest i jak pokazuje przykład Liebestod, nie musi to być muzyka elektroniczna. Bez elektronicznych gadżetów (lub ze śladowym ich wykorzystaniem) też można uzyskać intrygujące efekty. Efekty, które niejednemu słuchaczowi skojarzą się z… ambientem.

Na płycie znajdziemy tylko sześć nastrojowych kompozycji. Kompozycji poruszających się w mocno ambientowych, trochę mroczno-nostalgicznych, klimatach. Konstrukcja utworów i barwy jakie popłyną z głośników niejednemu słuchaczowi przywiodą na myśl niebanalne i wyszukane sample (technika samplingu jest obecnie tak mocno rozwinięta, że trudno odróżnić dźwięk naturalnego pochodzenia od sampli). Lektura okładki krążka rozwiewa jednak wszelkie wątpliwości. Utwory powstały przy użyciu klasycznych instrumentów dętych, smyczkowych i fortepianu z drobnym udziałem elektroniki (stanowi głównie tło). Mając tego świadomość, tym bardziej należy docenić kunszt artystów muzyków. Słychać, że Wesołowski inspiruje się klasyką. Na szczęście nie są to żadne wariacje na temat tylko indywidualne spojrzenie. Spojrzenie niezwykłe.

Tytuł Liebestod skojarzy się niektórym melomanom z twórczością Richarda Wagnera. Mi osobiście zawartość płyty przywołała z pamięci cykl audycji pt. Słuchajmy razem prowadzony przez Jerzego Joba w czwartki wieczorem w programie II Polskiego Radia w latach 80-tych XX wieku. W jednym z programów redaktor ów prezentował dokonania, które określił jako klimaty elektroniczne generowane przez instrumenty nieelektroniczne. To co proponuje słuchaczom Stefan Wesołowski (wraz z muzykami towarzyszącymi) jest idealnym przykładem takiej twórczości i to na bardzo wysokim poziomie.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©
(artykuł ukazał się pierwotnie na portalu Wywrota.pl)

 

Stefan Wesołowski
Liebestod
IMPREC397
Important Records 2013
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka, recenzje płyt

 

Wszystko jest muzyką.

30 sty

Bez ciemności nie wiedzielibyśmy co to światło. Bez ciszy nie wiedzielibyśmy co to dźwięki. Czym jest więc antymuzyka?

Żyjemy w takich czasach, że niemal wszystko rozmywa się w niekonsekwentnym, niedokładnym i pozbawionym elementarnej wiedzy nazewnictwie zjawisk. Liczy się tylko szybkość i zdobycie rzeszy odbiorców. Rzetelność ma coraz mniejsze znaczenie. Niestety ta tendencja nie omija muzyki, także tej elektronicznej. Mniejsza z tym, że granice międzygatunkowe ulegają zatarciu, a same gatunki ulegają wymieszaniu. Denerwuje mnie jednak bezkrytyczne przypisywanie pewnych terminów do mało ambitnej muzyki. Tak jest z ambientem.

Ambient znaczy otaczający. Twórcy tego terminu (Brian Eno, lata 70-te XX wieku) chodziło o tworzenie muzyki z szerokim wykorzystaniem dźwięków z otaczającego świata. Z czasem termin nabrał szerszego znaczenia i zaczął oznaczać także muzykę eksperymentalną, minimalistyczną i awangardową, często pozbawioną wyraźnie wyodrębnionego rytmu, wręcz spokojną. Ta ostatnia cecha powoduje, że nagminnie spotykamy się z przypisywaniem do ambientu kompozycji po prostu spokojnych, uspokajających ale nie mających z tym gatunkiem nic wspólnego.

DigitalsimplyWorld na płycie Tout devient la musique (Wszystko staje się muzyką) sięga niejako do źródeł ambientu. Kompozytor stara się w zgromadzonym materiale odpowiedzieć na pytanie co to jest antymuzyka. Najlepiej będzie jak oddam głos artyście.

„[…] Antymuzyka jest zbiorem dźwięków, które podane w sposób zwyczajny, naturalny są częścią świata, którego nie postrzegamy jako muzyki, wręcz przechodzimy obojętnie. […] Dźwięk przesuwanego krzesła jest antymuzyczny, lecz paradoksalnie podany w sposób muzyczny… staje się yin i yang w odpowiednim kontekście. [...]”

Tout devient la musique to mocno zróżnicowany album i niełatwy w odbiorze. Miłośnicy klasycznego ambientu odnajdą jednak wiele przyjemności w odkrywaniu zawartego na nim materiału. Eksperymenty dźwiękowe kompozytora nie są wprawdzie spektakularne, ale zestawienia barw i brzmień poruszą niejednego słuchacza. Każde słuchanie tej płyty to jak odkrywanie na nowo dźwięków i muzyki, której de facto nie uważamy za muzykę. Autor niejako udowadnia, że nawet szum może być muzyką (i wcale nie chodzi tu tzw. noise). Poszukiwania antymuzyki przez twórcę są według mnie jak najbardziej udane. Niestety mam obawy, że mniej wyrobieni słuchacze nie docenią wysiłku kompozytora, nie mówiąc o przesłaniu jakie niesie Tout devient la musique. Obym się mylił.

Muszę przyznać, że płyta zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jej poprawiona wersja z 2014 jeszcze bardziej je wzmogła. Do tego stopnia, że niemal do każdego utworu „skonstruowałem” klip. Kilka linków podaję niżej.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

Tout Devient La Musique

DigitalSimplyWorld 2013, remastered 2014


http://digitalsimplyworld.bandcamp.com/album/tout-devient-la-musique

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka, recenzje płyt

 

DSW – „Utopia”

09 gru

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Muzyki elektronicznej słucham już niemal od trzydziestu lat. W tym czasie wiele kompozycji dotarło do mego ucha, poznałem twórczość niezliczonych artystów i zebrałem całkiem sporą wiedzę o tym gatunku muzycznym. Ubolewam jednak niezmiennie nad tym, że wyżej wymieniony termin jest nadużywany przez „znawców” muzyki, którzy chcąc się popisać swoją elokwencją, często okazują się ignorantami (choć pewnie sami o tym nie wiedzą). Takie mamy czasy. Łatwo jest coś powiedzieć lub opisać szybko, niedokładnie, bez zastanowienia i poznania źródeł. Ważne, aby być przed innymi „publicystami”. Nie jest to dziwne w dobie wszechogarniającej muzycznej popeliny i medialnego pędu, ale denerwuje. Z tego „szumu informacyjnego” trudno jest wyłuskać coś godnego zainteresowania i wysłuchania.

Wielu „artystów” muzyków dwoi się i troi w celu uzyskania popularności. Często przy tym podpierają się też terminem „muzyka elektroniczna” jakby to było jakieś panaceum na odpowiednie wylansowanie ich twórczości. Twórczości, która pozostawia wiele do życzenia. Przenosząc niejako z innego obszaru sztuki pewne powiedzenie „to nie aparat robi zdjęcia”, można powiedzieć, że w muzyce jest podobnie. Instrumenty to tylko narzędzie, które trzeba poznać i umiejętnie wykorzystać. Większości młodych twórców to się nie udaje. Mając to na względzie dziwne jest, że przebijają się do ogółu odbiorców. Kwestia poparcia odpowiednich gremiów? Być może. Jest to jednak temat na inny artykuł.

W Polsce jest obecna całkiem spora grupa ambitnych twórców. Twórców, których dokonań trzeba szukać na różne sposoby, bo nie przebiją się zbyt mocno do ogółu odbiorców. Za to muzyka jaką proponują zadowoli niejednego słuchacza i to nie tylko gustującego w dźwiękach generowanych sztucznie. Jeszcze całkiem niedawno tacy artyści wypalali płyty CD-R i rozprowadzali swoimi kanałami. Aktualnie króluje internet. I dobrze. Jednym z takich kompozytorów publikujących głównie w sieci jest artysta ukrywający się pod pseudonimem DigitalSimplyWorld. To polski artysta, który eksploruje obszary muzyki elektronicznej zwane ambientem. Jest muzykiem płodnym, a jego dokonania są dostępne gratis. Zapewne niejeden słuchacz pomyśli, że skoro gratis, to nie warte uwagi. Nic bardziej mylnego. Kolejne albumy i zawarte na nich kompozycje są coraz lepiej dopracowane, a ich warstwa instrumentalno-nastrojowa zadowoli nawet wybrednego miłośnika nie tylko klasycznego ambientu.

Utopia nie jest pierwszą płytą w dorobku DSW. Jednak to pierwszy album artysty, który postanowiłem opisać. Zawartość nie należy do rewolucyjnych. Tutaj ważną rolę odgrywa nastrój, a ten jest budowany nienagannie i konsekwentnie mimo dość krótkich kompozycji (w odróżnieniu od większości dokonań z ambientowego kręgu). I nie zrażajmy się dysharmonicznym otwarciem. Charakterystyczny dla gros kompozycji zawartych na płycie jest ich hipnotyczny rytm. Rytm nienachalny i niezbyt szybki. Rytm, który nie wybija się szczególnie spośród innych barw. Jednak bardzo ważny dla tworzonego, niepowtarzalnego klimatu tajemnicy pomieszanego z melancholią. Według mnie właśnie ten nastrój jest największym atutem płyty. Prawdopodobnie Utopia urzekła mnie właśnie z tego powodu.

Autor ma w swoim dorobku płyty, i ciekawsze, i lepsze. Z muzyką jest jednak tak, że nie wiadomo kiedy i jaka zagra na strunach duszy. Kompozycje DSW umieszczone na Utopii poruszyły mnie do tego stopnia, że zmontowałem nawet mały klip do jednego z utworów. Może to też wina panującej za oknem jesienno-zimowej aury? Któż to wie.

 

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

DigitalSimplyWorld
Utopia
listopad 2013

http://digitalsimplyworld.bandcamp.com/album/utopia
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt

 

Vox „X-Chants”

23 lip
Charakter i egzotyka materiału zgromadzonego na płycie ma niezaprzeczalną wartość artystyczną i może dostarczyć wielu wrażeń. Wrażeń, które mogą okazać się… mistyczne.

Lubię wracać do tej płyty, mimo że nie należy do nowości (rok wydania 1997). Nie robię tego zbyt często, ale kolejne spotkania zawsze przynoszą swego rodzaju ukojenie, choć muzykę zamieszczoną na krążku trudno określić jako relaksacyjną. Nie jest to też pozycja, którą bez obaw można zaliczyć do kręgu muzyki elektronicznej, ale klimat i „elektroniczne tło” niosą ze sobą nieodparte skojarzenia.

Instrumenty elektroniczne mają tę właściwość, że właściwie użyte mogą stać się elementem wzbogacającym jakąś tradycyjną twórczość muzyczną. Trudno jednak stworzyć coś, co będzie odpowiednio współgrało. Coś, gdzie dodane brzmienia nie zdominują tradycji, jednocześnie stając się jej nieodłącznym elementem. Zadanie jest pozornie ułatwione, kiedy „na tapetę” trafiają utwory chóralne. Udanych przedsięwzięć jest jednak niezwykle mało. X-Chants niewątpliwie do nich należy. Niewielka obecność sztucznie generowanych dźwięków może niejednego miłośnika muzyki elektronicznej skutecznie zniechęcić do słuchania, nie mówiąc o religijnej tematyce. Jednak charakter i egzotyka materiału zgromadzonego na płycie ma niezaprzeczalną wartość artystyczną i może dostarczyć wielu wrażeń. Wrażeń, które mogą okazać się… mistyczne.

Krążek wypełniają utwory chóralne i partie solowe wczesnochrześcijańskiej, arabskiej kultury religijnej z Bliskiego Wschodu (m.in. obszar starożytnej Syrii). W odróżnieniu od tradycji chrześcijaństwa zachodniego, jak i wschodniego (prawosławnego) nie natkniemy się tutaj na głosy męskie, tylko na kobiece. Jest to bardzo charakterystyczne dla tej przedislamskiej kultury. Większość kompozycji została wzbogacona o brzmienia instrumentów elektronicznych. Nie stanowią one jednak motywu przewodniego (ani tym bardziej dominującego). Są umieszczone w głębokim tle i dodają zgromadzonym pieśniom nieuchwytnej subtelności. Do tego stopnia, że brak tychże brzmień przyczyniłby się w dużej mierze do zubożenia artystycznego materiału. Co można jeszcze napisać? W sumie już wystarczy. Trzeba X-Chants po prostu posłuchać. Posłuchać z otwartym sercem.

Na zakończenie krótka refleksja. Czy płyta nie powstała przypadkiem na fali zainteresowań twórczością religijną (głównie chorałami gregoriańskimi) jaka miała miejsce pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku (i trwa ze zmiennym nasileniem do dziś)? Nawet jeśli był to najważniejszy powód, dobrze się stało, że krążek pojawił się na rynku. W coraz większej powodzi komercji i „niemocy” twórczej kompozytorów (i to nie tylko w muzyce elektronicznej) stanowi mocny i jasny punkt.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©
(artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl)
Vox
X-Chants
Erdenklang 71002, 1997
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt

 

Sinusoidal – „Out of the Wall”

15 lip
Zespół jest doskonałym przykładem jak należy realizować swoje pomysły, czerpać inspiracje z bogatej skarbnicy muzyki, nie zaniedbując własnych idei.

Uważni czytelnicy pewnie zauważyli, że często w swoich tekstach posługuję się terminami „klasyczna muzyka elektroniczna” i „nowa elektronika”. Jaka jest różnica między tymi dwoma nurtami muzyki elektronicznej? W maksymalnym uproszczeniu można powiedzieć, że klasyczna muzyka elektroniczna wywodzi się z tzw. muzyki mechanicznej i sięga korzeniami początku XX w. Właściwy jej rozwój nastąpił dopiero po zbudowaniu pierwszego funkcjonalnego syntezatora w 1963 (gatunki to m.in. berliner schule, krautrock, british school). Nowa elektronika zaś to nieoficjalny termin dla twórczości wyrosłej z muzyki tanecznej/klubowej lat 80. XX w. bazującej głównie na technice samplingu (gatunki to m.in. down tempo, drum’n'bas, chillout, electropop, IDM, chillwave, itp.). Nurty te coraz mocniej wzajemnie się przenikają. Powoduje to, że trudno obecnie jednoznacznie sklasyfikować twórczość spod znaku muzyki elektronicznej. Czy to jednak takie ważne, kiedy do rąk słuchacza trafia twórczość intrygująca i niebanalna, czerpiąca pełnymi garściami inspiracje zarówno z jednego, jak i drugiego nurtu? Wydaje mi się, że nie.


Nie ukrywam, że po Out of the Wall, pełnowartościowy debiut grupy Sinusoidal, sięgałem z pewną obawą. Zapowiedź w postaci epki (Sinusoidal EP) z jednej strony zachęcała oryginalnością, z drugiej wzbudzała obawy: czy różnorodność zawartych na pełnym albumie kompozycji nie przyczyni się do „zgubytegoż albumu, czy stylistyczne „rozdarcie” epki nie przeniesie się dalej.

Out Of The Wall to 11 kompozycji autorstwa Michała Siwaka i Adrianny Styrcz. Zespół ciąży dość wyraźnie ku mieszance IDM, chillwave i down tempo z charakterystycznymi elementami trip-hopu. Mieszance dość mocno podszytej nu-jazzem. Próżno tu szukać mrocznych klimatów obecnych na Sinusoidal EP. Znajdziemy za to kompozycje zwiewne, delikatne, „falujące”. Urzeknie ambientowe wyczucie przestrzeni, zaskoczą ciekawe harmonie upstrzone selektywnymi trzaskami, pobudzi tri-hopowy bit. O dziwo, nie przeszkadza mi tu śpiew Ady (w klasycznej muzyce elektronicznej uważam wokal za zbędny element). Wręcz przeciwnie, przy tak oszczędnych w barwy kompozycjach głos wokalistki oryginalnie je wzbogaca, buduje niecodzienny klimat. Klimat momentami oniryczny, momentami impresjonistyczny, momentami relaksujący. Może się przez to wydawać, że album długogrający jest mniej spójny gatunkowo niż starsza od niego epka. Moim zdaniem tak nie jest. Zauważalna różnorodność nie jest mankamentem, a po głębszym zapoznaniu się z zawartością płyty okazuje się, że spełnia na swój sposób rolę spinającą. I byłoby idealnie gdyby nie słodkawy (kołysankowy), nie pasujący do całości (przez brak wokalu?) zamykający album utwór Out of the wall. Miejmy na uwadze, że to debiut, potknięcie więc do zaakceptowania.


Odkąd piszę na temat muzyki elektronicznej, zawsze twierdziłem, że jest to pole działalności, gdzie można wyczarować niezwykłe, oryginalne klimaty pod warunkiem, że biorą się za to odpowiednie osoby. Osoby z wizją, wyczuciem artystycznym i nie unikające poszukiwań. Sinusoidal jest doskonałym przykładem, jak należy realizować swoje pomysły, jak czerpać inspiracje z bogatej skarbnicy muzyki, nie zaniedbując własnych idei. Duet postawił wysoko poprzeczkę. Zobaczymy co pokaże na drugiej płycie (o ile powstanie). Płycie tak naprawdę najważniejszej dla każdego twórcy. 

Grzegorz Cezary Skwarliński © 2011
(artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl)

 
Sinusoidal
Out of the Wall 
Luna Music 2011, LUNCD263

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt

 

Bubble Chamber – „Live @ S.F.I.N.K.S 700”

13 lip
Dubstep – gatunek muzyczny przesiąknięty elementami dubowymi (ciężkie basy, przestrzenie i delaye) często połączonymi z motoryczną perkusją, czasami nawiązuje do drum’n'bass. Podstawę stanowi generowany elektronicznie subbass, który jest potem dodatkowo przetwarzany. Specyfika gatunku utrudnia występy „na żywo”.

Bubble chamber, czyli komora pęcherzykowa – urządzenie służące do obserwacji śladów cząstek elementarnych (promieniowania jonizującego), aktualnie nie stosowane. Bubble Chamber to także powstały niedawno (2011) trójmiejski zespół eksplorujący obszary muzyki elektronicznej (dokładnie tzw. nowej elektroniki). Czyżby grupa nawiązując do nazwy wspomnianego urządzenia chciała podkreślić niecodzienny rodowód swojej twórczości? Bardzo możliwe.Zespół jest autorskim projektem trójmiejskiego basisty Michała Góreckiego. Muzyk zainteresowany dubstepem postanowił zebrać wokół siebie artystów, którzy podobnie jak on próbowali na żywo odtworzyć klimat znany z klubów (czyli obszaru niejako zarezerwowanego dla DJ-ów). W ten sposób powstał Bubble Chamber w składzie: Michał Górecki – gitara basowa, Jacek Prościński – perkusja i Jakub Cisłowski (DJ Nawias) – urządzenia elektroniczne.

Mimo krótkiego stażu trio kilkakrotnie koncertowało. Efektem jednego z występów, jaki miał miejsce w sopockim klubie Sfinks 700, jest EP-ka pt. Live @ S.F.I.N.K.S 700. Co niesie ze sobą ta niespełna 30-minutowa pozycja? Na słuchaczy czeka pięć energetycznych kompozycji. Słychać, że zespół wykorzystuje nienowy pomysł łączenia instrumentów klasycznych z elektronicznymi (w dodatku w wykonaniu na żywo). Na pierwszy „rzut oka” przypomina to nieco dokonania grupy To Rococo Rot. Jest to jednak jedyne podobieństwo. Bubble Chamber garściami czerpie z estetyki dubstepu, wykorzystuje elementy drum’n'bass, dubu i breakbeatu a nawet zahacza o stylistykę reggae (rewelacyjny moim zdaniem Trip to Kingston). Kompozycje zostały rozpisane na instrumenty nieelektroniczne ale ostateczne brzmienie obrabiane jest elektronicznie i to w czasie rzeczywistym. Mało kto pozostanie obojętny na to, co dotrze do uszu. Różnorodność stylów nie powoduje wbrew pozorom kakofonii. Muzycy umiejętnie lawirują między gatunkami. Nieraz (dzięki mocnemu basowi) przyprawią słuchacza o „masaż wnętrzności”. Nieraz zaskoczą nie tylko perkusyjnymi improwizacjami. Odgłosy z widowni przypomną zaś jak występ zespołu został entuzjastycznie przyjęty. Tytułem podsumowania można obrazowo powiedzieć, że dźwięki generowane przez „pęcherzyki” są zakorzenione w przestrzeni. Czy tej wokół nas, czy może tej bardziej abstrakcyjnej międzyplanetarnej, to już zależy od odbiorcy. Trochę szkoda, że ta energetyczna uczta dźwiękowa trwa tak krótko. Bubble Chamber udowadnia, że elektroniczny i raczej studyjny z ducha dubstep sprawdza się także grany całkowicie na żywo.

Lider grupy zapowiada, że wydanie EP-ki to dopiero początek. Nie zwykłem bawić się w proroka, ale przy odrobinie szczęścia (i przychylności ewentualnych wydawców) formacja ma duże szanse (i wszelkie atuty) aby wypłynąć na szerokie wody. Rzadko na polskiej scenie pojawiają się tak ciekawe przedsięwzięcia. I to na światowym poziomie. 

Grzegorz Cezary Skwarliński © 2012
(artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl)
Bubble Chamber
Live @ S.F.I.N.K.S 700
CD (EP), Emess Media 2012
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt

 

Pasi Mi To! „Rumi”

10 lip
W takim morzu muzycznych barw łatwo się pogubić, ale zespół zadziwiająco umiejętnie w nim „pływa” momentami wręcz „szarżując”.
Premiera debiutanckiej płyty grupy Pasi Mi To! zatytułowanej Rumi miała miejsce na scenie Alter Space festiwalu Open’er w Gdyni w lipcu 2010 r. Kiedy niewiele później sięgnąłem po ten krążek, nie wysłuchałem go do końca. Trochę mnie zmęczył. Być może była to wina panującego upału. Ponieważ niczego na samym początku definitywnie nie skreślam, dałem „drugą szansę” płycie i nie żałuję. W zmienionych warunkach miałem zupełnie inne doznania. Doznania pozytywne.
Krążek zawiera około 40 minut muzyki, ale za to jakiej. Płytę wypełniają krótkie rytmiczne piosenki (z wyjątkiem ostatniej kompozycji Kształty). Przedziwne połączenie folku, post-rocka, ambientu i zawadiackiego free-jazzu z poetyckimi tekstami Rumiego (perski poeta z XIII wieku, mistyk, twórca zakonu wirujących derwiszy ). Spotkamy tu dźwięki gitary o jazzowym podłożu, transową niemal barwę saksofonu, mocno rozbudowaną jazzowo-rockową sekcjęrytmiczną i instrumentów dętych, a nawet elektroniczne sample (np. Bez-przestrzeń). Połamany momentami rytm i mistyczne teksty Rumiego (opublikowane także na wkładce) dopełniają obrazu tego muzycznego „szaleństwa” (nasunęło mi się nieodparte skojarzenie z zespołem Madness, chociaż to całkowicie inna muzyka). W takim morzu barw łatwo się pogubić, ale zespół zadziwiająco umiejętnie w nim „pływa” momentami wręcz „szarżując”. Na koniec trzeba wspomnieć o utworze Kształty. To jakby dwie kompozycje przedzielone mylącym fragmentem ciszy. Pierwsza część nie odbiega od całości płyty, druga to… kakofoniczny (niemal industrialny) zbiór dźwięków. Artyści zaszaleli w finale, czy to taki końcowy żart? Według mnie zupełnie niepotrzebny element.
Czy to co robi Pasi Mi To! to dobry pomysł na granie? Z pewnością. Chociaż nie skupiam się na tego rodzaju twórczości, ale ciekawych doznań muzycznych nigdy za wiele. Słuchanie jednak wymaga pewnego zaangażowania i to nie tylko ze względu na teksty. Mimo wszystko Pasi Mi To! mi pasi.
Grzegorz Cezary Skwarliński © 2010
(artykuł ukazał się pierwotnie na portalu Wywrota.pl)

 

Wydawca: Falami Marcin Babko www.falami.pl


 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt