RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘recenzje płyt’

Gotan Project „Tango 3.0”

09 lip
Od dobrych kilkunastu lat zajmuję się recenzowaniem twórczości z kręgu muzyki elektronicznej. Nie oznacza to jednak, że unikam innych gatunków. 
 
Jeśli artysta-kompozytor ma do zaproponowania coś na swój sposób oryginalnego i ciekawego, a do tego umiejętnie wykorzysta możliwości instrumentów elektronicznych, to z pewnością wzbudzi moje zainteresowanie. Nawet w przypadku kiedy takie dokonania z muzyką elektroniczną sensu stricto będą miały niewiele wspólnego. Nie inaczej było z francusko-argentyńskim zespołem/projektem Gotan Project.
Swego czasu muzycy dali się poznać szerszemu gronu polskich odbiorców na festiwalu w Sopocie. Występ jednak nie spotkał się z dobrym przyjęciem, a szkoda. Muzyka wtedy zaprezentowana była osadzona w argentyńskich klimatach (tango) i mocno okraszona elektronicznymi brzmieniami. Nie była to twórczość z kręgu lekko, łatwo i przyjemnie. Raczej coś dla koneserów. Być może dlatego reakcja publiczności była taka a nie inna (prowadzący koncert niejako wymusił bis mimo, że z widowni było słychać gwizdy i okrzyki nie).

Płyta Tango 3.0 miała premierę w kwietniu 2010 i jest trzecim studyjnym krążkiem zespołu. Jak można się domyślić po tytule słuchacze, którzy sięgną po tę pozycję będą czarowani różnymi wersjami tanga nie tylko w formie instrumentalnej. Na płycie usłyszymy echa jazzu, country, reggae i wielu innych gatunków. Wszystko umiejętnie wplecione w klimat wspomnianego argentyńskiego tańca. Nie uświadczymy tu już tak wielu brzmień elektronicznych jak w początkowej fazie działalności grupy. Są jednak obecne. Odeszły nieco w tło, ale czasami wybijają się na pierwszy plan (np. w pociągowej piosence Mil Millones) i ciekawie wzbogacają niemal wszystkie kompozycje. Interpretacje zespołu mogą być dla wielu odbiorców zaskakujące (dziecięcy chórek w utworze Rayuela), ciekawe, intrygujące czy też udziwnione. Nie zmienia to faktu, że artystom udało się wykrzesać pokaźną dawkę świeżego powiewu z tematu, który wydawałoby się, że jest już maksymalnie wyeksploatowany.

Co można napisać tytułem podsumowania? Muzyka nastrojowa, czasami dynamiczna, świeża i wpadająca w ucho. Mimo swoistej monotematyczności nie nudzi. Do posłuchania (np. w jakiejś nastrojowej kawiarni, nie tylko przy kawie) i do… potańczenia

Grzegorz Cezary Skwarliński © 2010
(artykuł pierwotnie ukazał się na portalu Wywrota.pl)
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt

 

Odyssey „Music for Subway”

19 cze
Odyssey – Tomasz Pauszek, dyplomowany dyrygent, kompozytor, muzyk i współorganizator Synth Art Festival (2000 -2004)












 
Po dłuższej przerwie sięgnąłem po twórczość polskiego artysty o pseudonimie Odyssey. Nie ukrywam, że zostałem mile zaskoczony. Wprawdzie dokonania kompozytora poznałem już wcześniej, ale były to głównie kompozycje z początku drogi artystycznej (godne zainteresowania, ale jeszcze bez tego „czegoś”). Music for subway serwuje słuchaczom zupełnie inne klimaty. Klimaty może i stare, ale sugestywne.
 
Miłośnikom muzyki elektronicznej zapewne znana jest ekskluzywna produkcja Jeana Michela Jarre’a Music for supermarkets z 1983 (wydana w jednym egzemplarzu). Ogólnie dostępny dwupłytowy album Music for subway można uznać za dalekie echa wymienionej wyżej pozycji. Szczególnie, że został zrealizowany wyłącznie przy pomocy syntezatorów z lat 70-tych XX w. (co zresztą sugeruje podtytuł symphony for analogues).

Music for subway to niecodzienna podróż do świata analogowych barw i dźwięków. Podróż, która zaczyna się na… stacji metra (o czym przypominają co jakiś czas dźwięki właściwe temu miejscu). W wirtualnym świecie kreowanym przez kolejne Station czekają słuchaczy analogowe szumy, syntezatorowe „ćwierkania” i pojękiwania, arpeggiatorowe wycieczki, sekwencyjne rytmy utrzymane w duchu szkoły berlińskiej, „wietrzne” zawodzenia i wiele innych barw charakterystycznych dla muzyki elektronicznej z lat 70-tych XX wieku. Napotykane „stacje” nie są wyraźnie wyodrębnione. Każda z nich opowiada inną, własną historię. Opowieści rysowane przez brzmienia przemykają za wyimaginowanym oknem. Nie są długie, jak odcinki między kolejnymi przystankami metra. Sekwencyjne wagony czasami pędzą, czasami zwalniają, czasami niemal się zatrzymują, płynnie przenosząc słuchacza do kolejnych mikroświatów. Wszystko podszyte nieco jearrowską stylistyką. Z tego „morza” barw trudno wybrać zdecydowanie najlepszą kompozycję. Wszystkie w jakiś sposób przyciągają swoim nastrojem (niektóre z nich aż proszą się o wydłużenie). Całość tworzy zaskakująco spójną, wielowarstwową, analogową i mocno postberlińską suitę. 

Szkoda, że w Polsce metro jest tylko w Warszawie. Podejrzewam, że słuchanie Music for subway w dedykowanym środowisku dawałoby dodatkowe wrażenia. Niestety tą płytą projekt Odyssey kończy swoją działalność, choć artysta nie zaprzestaje działalności na polu muzyki.


Grzegorz Cezary Skwarliński ©
(artykuł pierwotnie ukazał się  na portalu Wywrota.pl)


Odyssey
Music for Subway (2CD)
GEN CD 024, 2012
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt

 

Radio Massacre International „Antisocial”

19 cze
 okładka płyty

Radio Massacre International to dość płodny zespół. Chronologiczne słuchanie dorobku artystycznego grupy nie jest jednak warunkiem koniecznym – większość płyt jest do siebie podobnych, nie mówiąc o rozpoznawalnym stylu. Część słuchaczy może ten fakt uznawać za wadę (zbytnie przynudzanie), część za zaletę. Osobiście, jeśli tylko mam okazję posłuchać kolejnej płyty zespołu, to sięgam po nią bez większego zastanowienia. Wiem czego się spodziewać, a niejednokrotnie jestem mile zaskakiwany żywą improwizacją.

Krążek Antisocial to niemal pełny zapis kameralnego koncertu zagranego 10.06.2005 w klubie The Brudenell Social Club w Leeds (Wielka Brytania) wydany przez zespół własnym sumptem w małej serii (na CDR). Tytuł podobno odnosi się do faktu, że muzycy grali w ograniczonej przestrzeni nieprzerwanie przez półtorej godziny, nie bez problemów technicznych. Może to prawda, a może „chwyt reklamowy”. Nie wiem, nie było mnie na koncercie. Wspomnienie w postaci płyty niesie jednak ze sobą niepowtarzalne klimaty.

Jak na R.M.I. przystało Antisocial to wielka wielowarstwowa plama dźwiękowa zabarwiona krautrockowo-elektronicznym duchem. Wzajemnie przenikające się kompozycje tworzą nierozerwalną całość. Poszczególne części wyodrębniają się dzięki zmianom dynamiki i przypisanym tytułom. Wszystko zaczyna się dość nietypowo, od ubogich ambientowo – gitarowych barw. Można nawet odnieść błędne wrażenie, że panowie „rzępolą” sobie od niechcenia. Jednak odpowiednie pętle i ich konsekwentna monotonia tworzą niemal psychodeliczną atmosferę. Atmosferę, której nie powstydziłby się niejeden film z gatunku… westernów drogi. Kolejna część przynosi sekwencyjno-berlińskie przyśpieszenie. Zamienia się ono w pewnym momencie w przedziwną hipnotyczno-pulsacyjnie zapętloną gitarowo – elektroniczną kakofonię barw. Transowe odczucia albo… ból głowy – gwarantowane. Zanim jednak co poniektórzy nabiorą chęci i sięgną po ewentualną tabletkę, następuje uspokojenie w postaci kompozycji Coppers in the Jar for Soundproofing. Uspokojenie to jest jednak pozorne. Nieco industrialne w swym wyrazie dźwięki nie pozwalają ukoić myśli. Barwy nie są zbyt wyszukane, ale dość zaskakujące jak na R.M.I. (słychać nawet piłopodobne „jęki”). Na zakończenie mieszanka klasycznej berliner schule i krautrocka (charakterystyczne brzmienie gitary przewija się przez całą płytę). Krążek kończy się spokojnie, tak jakby muzyka miała usypiać. Całość jest wyraźnie ukierunkowana na improwizacyjne poszukiwania brzmieniowe.

Podczas słuchania opisywanej płyty nasunęły mi się skojarzenia z pewną audycją radiową z przeszłości. W programie II Polskiego Radia w latach 80-tych XX w. redaktor Jerzy Jop w jednej z audycji Słuchajmy razem przedstawiał twórczość artystów, którzy uzyskiwali efekty elektroniczne przy pomocy instrumentów akustycznych. R.M.I. nie przystaje do tego nurtu ze względu na użyte środki wyrazu. Gdyby jednak członkowie zespołu skupiliby się tylko na użyciu instrumentów strunowych (i nieelektronicznych klawiszowych), mógłby powstać, w moim odczuciu, niezmiernie ciekawy materiał.
 
Grzegorz Cezary Skwarliński ©
(artykuł pierwotnie ukazał się na portalu Wywrota.pl)


Radio Massacre International  
Antisocial
Northern Echo Recordings NE 018(CDR), 2008

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt

 

Noryani „Northeast 117”

18 cze
Nie przepadam zbytnio za „klonerami”. Historia zna wiele przypadków podróbek w dobrym i niestety też złym znaczeniu. 


Rozumiem, że młodzi artyści (ale nie tylko) poszukują inspiracji. Mogliby jednak nieco bardziej się wysilać. Intensywniej pracować nad własnymi pomysłami, tak aby inspiracje były mniej dosłowne. Nie znam powodu, dlaczego sporą popularnością wśród „kopistów” z kręgu muzyki elektronicznej cieszy się twórczość Vangelisa. Pokusa upodobnienia się do wielkiego Greka? Może inne przyczyny? Jednak jak słyszę kolejny (mało udany moim zdaniem) vangelisopodobny kawałek, to mnie niemal „skręca” w dezaprobacie.

Po wysłuchaniu płyty Norteast 117 miałem mieszane uczucia. Z jednej strony chill-outowe w swym wyrazie otwarcie brzmi zachęcająco i budzi nadzieje, że dalej napotkamy coś ciekawszego. Z drugiej strony następne utwory rozczarowują (np. monumentos, gdzie tytuł sugeruje czego można się spodziewać). Jak dla mnie są to mało przekonujące „podróbki” Vangelisa. Nic nowego i bez polotu. Nieco dalej klimaty się znowu zmieniają na bardziej el-popowe, ale już nie wracają do obiecujących nastrojów z otwarcia płyty. Szkoda, że kompozytor nie skupił się bardziej na pomysłach reprezentowanych przez re set, gdzie (między innymi) barwy gitary klasycznej umiejętnie połączył ze stylistyką downtechno/trans. Stworzył tym samym szczególny i dość oryginalny klimat. Jakby pójść tym „tropem” byłoby ciekawiej moim zdaniem.

Moja opinia może wydawać się nieskładna, ale po części to wina płyty. Materiał zgromadzony na krążku jest bardzo niespójny stylistycznie. Nie wiem czy kompozytorowi zabrakło pomysłów, czy miał ich aż tyle, że chciał je wszystkie umieścić w jednym wydawnictwie. Brak zdecydowania to jeden z charakterystycznych błędów debiutów i niestety obniżających poziom artystyczny. Mimo wszystko płyty słucha się całkiem dobrze. Głównie z powodu bogatego instrumentarium i świetnego masteringu wydawcy.

Podsumowując wszystkie „za i przeciw”, można powiedzieć, że twórczość artysty jest obiecująca. Druga płyta kompozytora ukazała się niedawno. Mam cichą nadzieję, że jest bardziej spójna stylistycznie.

Grzegorz Cezary Skwarliński © 2013
(artykuł pierwotnie ukazał się na portalu Wywrota.pl


Noryani
Northeast 117
GEN CD 020, 2011
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt

 

To Rococo Rot „Hotel Morgen”

16 lut

Mimo pozornego bałaganu zawarte na płycie kompozycje zaskakująco współegzystują. 
Żaden recenzent nie jest w stanie ogarnąć wszystkiego co się dzieje w muzyce. Skoncentrowanie się na określonym gatunku muzycznym zawęża wprawdzie pole działania, ale nie jest gwarancją objęcia w całości nawet tej wybranej części. Zdarza się więc, że informacje o niektórych ciekawych przedsięwzięciach, interesujących zespołach, intrygujących inicjatywach, itp. docierają z kilkuletnim opóźnieniem. Na To Rococo Rot zwróciłem uwagę po lekturze komentarzy pod jedną z wielu recenzji jakie publikuję. Nie omieszkałem poszperać w internecie w poszukiwaniu jakiś materiałów na temat zespołu. Większość tekstów na jakie natrafiłem mniej lub bardziej akcentowała „ciepło” twórczości TRR i jej niezwykłość mimo mocnego osadzenia w nowej elektronice. Zaintrygowany sięgnąłem po klika płyt. Przyznaję, że muzyka grupy zatrzymała mnie na dłużej, ale daleki jestem do tego aby podzielać „ochy” i „achy” kolegów po piórze. Łączenie brzmień (i instrumentów) analogowych i cyfrowych niczym nowym, ani tym bardziej odkrywczym, nie jest. Być może jest to działanie niespotykane na szerszą skalę w nowoelektronicznym nurcie. Biorąc pod uwagę jednak całą muzykę elektroniczną, dość często stosowane. Dlatego uwypuklanie tego faktu osobiście mnie dziwi.
Z płyt To Rococo Rot jakie udało mi się wysłuchać najbardziej przypadła mi do gustu Hotel Morgen. Krążek z 2004 roku zawiera zbiór krótkich, pociągających form, ciekawych nieoczywistych melodii aranżowanych za pomocą dość ograniczonego elektronicznego instrumentarium. Usłyszymy tu echa estetyki elektro, doszukamy się klimatów rodem z techno czy dub. Napotkamy syntetyczne brzmienia, trochę rytmu, trochę beatów, ambientowe plamy, zaskakujące mikro-dźwięki, transowo zapętlone miniatury. Zdaje się, że muzyka przenosi nas do bliżej nieokreślonym budynku (hotel?) z małymi dźwiękowymi pokojami. W każdym coś innego, coś miłego, żeby nie rzec „przytulnego”, ale zarazem oszczędnego, wręcz minimalnego (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Obecność „żywych” instrumentów umiejętnie wzbogaca kompozycje (np. fortepian, ale w dość szczątkowych ilościach). Mimo pozornego bałaganu wszystkie te mini-historie zaskakująco współegzystują.
W nagromadzeniu natrętnych beatów, szumów, brzęków, zgrzytów, itp. (często mocno dysharmonicznych) jakimi raczy nas często nowa elektronika twórczość To Rococo Rot staje się na swój sposób oryginalna. Z jednej strony nowoczesna, z drugiej sięga do tradycji muzycznych (nie tylko elektronicznych). I nie jest to działanie przypadkowe.
Grzegorz Cezary Skwarliński © 2010
(artykuł pierwotnie ukazał się na portalu Wywrota.pl)

To Rococo Rot
Hotel Morgen
Domino 2004

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt

 

To Rococo Rot „Taken From Vinyl”

13 lut
Niemiecki zespół To Rococo Rot tworzą bracia Lippok i Stefan Schneider.
Na twórczość grupy zwróciłem uwagę stosunkowo niedawno. Wprawdzie dokonania artystów nie wzbudziły we mnie szczególnego entuzjazmu, ale muszę przyznać, że mają przedziwną właściwość wciągania słuchacza w budowane nastroje. Nie ominęło i mnie, nie tylko za sprawą płyty Taken From Vinyl z 2006.
Na krążku zostały zamieszczone wszystkie te utwory, które na przestrzeni lat 1996 – 2006 ukazywały się na wszelkich singlach, epkach, limitowanych wydawnictwach, itd. (wszystkie na winylowych płytach). Muzycy TRR zebrane kompozycje odświeżyli i zmiksowali w jedną całość. Powstała ciekawa i zaskakująco spójna składanka (co rzadko się zdarza w przypadku „sklejanych wydawnictw), choć to tylko kilka wspominek i sentymentów. Czego możemy się spodziewać podczas słuchania? Napotkamy trochę mechanistycznych zabiegów o minimalistycznych ciągotach, trochę subtelnych industrialnych sugestii, kilka ambientowych plam, świdrujące pętle, nieco transowej oscylatorowej rytmiki, gustowne analogowe chuchnięcia (fortepianowe barwy) i pulsujące linie basu. Do tego szumy i trzaski czarnej płyty (nie należy tego uznawać za wady, stanowią raczej dodatkowe i wbrew pozorom nieprzypadkowe elementy kilku kompozycji), jakby połamana harmonia i otrzymujemy intrygujący obraz zbudowany dźwiękami rodem z nowej elektroniki. Nasuwa się nieodparte skojarzenie z Future Sounds of London, choć to żadna inspiracja ani tym bardziej naśladownictwo, tylko własna niezależna ścieżka twórcza.
Muzyka dość trudna w odbiorze ale może wywoływać niezatarte wrażenia (szczególnie podczas słuchania w trakcie jakiejś miejskiej wędrówki, dźwięki jakie przedostaną się z otoczenia przez słuchawki mogą być zaskakującym elementem uzupełniającym kompozycje). Nad wszystkim unosi się ulotny duch elektronicznego pionierstwa znanego z przedcyfrowej historii muzyki elektronicznej.

 

Grzegorz Cezary Skwarliński © 2010
(artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl)
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt

 

Sui Generis Umbra „Coma”

06 lut
Sui Generis (łac.) – zjawisko odmienne od wszystkiego. Na to określenie trafiłem wiele lat temu przy okazji elektronicznej twórczości Rafała Szabana. Ostatnio podczas przeglądania ofert wyprzedaży w księgarniach napotkałem Sui Generis Umbra. Prawie to samo. Prawie czyni jednak wielką różnicę.
Sui Generis Umbra to zespół z Zielonej Góry. Grupa powstała w 1998. Początkowo nosiła nazwę Umbra. Działalność zespołu została zainicjowana przez wokalistkę ukrywającą się pod pseudonimem „eLL”. Do współpracy zaprosiła Macieja Niedzielskiego (Artrosis) instrumentalistę-klawiszowca. Nazwę Sui Generis Umbra duet przyjął po wydaniu pierwszej płyty Ater (1999). Według słów „eLL” SGU to forma energii. Członkowie zespołu są jedynie duszami, które starają się nadać tejże energii formę słyszalną. „eLL” jest postacią nieszablonową. Twierdzi, że jest na wpół czarownicą, na wpół kobietą, a wypowiedziane przy różnych okazjach zdania – takie jak np. Naprawdę wierzę, że kiedy komponuję i wykonuję moją muzykę odprawiam rytuały czarnej magii.” 1 – wiele mówią o jej postawie artystycznej. Aktualnie brak doniesień o działalności grupy. Trudno więc stwierdzić: czy działa dalej, czy się rozpadła.
Płyta Coma to druga samodzielna produkcja w dorobku duetu. Na krążku zamieszczono 11 utworów. Większość kompozycji może zaskoczyć szczątkową linią melodyczną. Dominują awangardowe, momentami trudne w odbiorze, „połamane” rytmy. Do tego dochodzą recytowane teksty i agresywna dynamika. Nienaturalne zawodzenie, „wycie” i „pomruki” wokalistki oraz efekty elektroniczne zagęszczają atmosferę i tworzą bardzo mroczny klimat. Niejeden twórca horrorów mógłby się uczyć od artystów jak budować napięcie i to bez udziału obrazu. Jak „szarpać” wyobraźnię w taki sposób, aby wprowadzić słuchacza w stan niepokoju (nawet lęku) wymieszany z… fascynacją. Słuchanie w ciemności może przyprawić o dreszcze. Co bardziej wrażliwym słuchaczom odradzam jednak takie eksperymentowanie. Senne koszmary gwarantowane.
Coma nie jest nową płytą (wydanie 2002), ale podejście twórców do muzyki nie straciło nic ze swojej świeżości. Całość utrzymana w stylu dark ambient (wlaściwie black ritual ambient). Jest to jednak dark-ambient o rodowodzie rockowym (gothic-metalowym), a nie elektronicznym (eksperymentalnym), mimo to nie pozbawiony interesujących elementów bliższych muzyce elektronicznej niż gotykowi. Nie ukrywam, że taka mieszanka jest dość trudna w odbiorze. Mimo to przynosi zaskakujące wrażenia.
Grzegorz Cezary Skwarliński © 2013
(artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl)

1 źródło: http://www.metalmind.com.pl/index.php?dzial=artysci&id=50

Sui Generis Umbra
Coma
Metal Mind Production (MMP CD 0193 DG), 2002

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt

 

['ramp] „Steel and Steam”

01 lut
Grupa RAMP została założona w 1996. Tworzyli ją: Lambert Ringlage, Stephen Parsick i Frank Makowski. Ringlage opuścił projekt jeszcze w tym samym roku (po wydaniu płyty Nodular). Skłoniło to pozostałych muzyków do zmiany nazwy zespołu na ['ramp]. Duet Parsick/Makowski przez następne lata odważnie eksperymentował na polu elektronicznej muzyki analogowej (sekwencyjnej). Swój styl nazywali nieco żartobliwie – doombient. Różnice artystyczne w podejściu do twórczości spowodowały jednak, że w 2008 duet się rozpadł. Od tamtej pory Stephen tworzy sam pod swoim nazwiskiem, a do projektu ['ramp] zaprasza innych muzyków.
 
Płyta Steel and Steam powstała przy współudziale Marka Shreeve’a (znanego m.in. z Redshift). Krążek składa się z dwóch części. Kompozycje 1-5 powstały w studiu Stephena w 2010 w Bielefeld (Niemcy), a tytułowa mini suita oraz utwór Puppetsw studiu Marka w 2011 w Londynie. Mimo to brzmienie jest zaskakująco spójne. Słychać, że nie jest to przypadkowe połączenie.
Przy sięganiu po tę pozycję skojarzenie miałem jednoznaczne. Powinno być ostro, dynamicznie, i… mechanistycznie (stal i para). Nie pomyliłem się. Otwiera świetny, warkoczący Zeppelin (Parsick „odkurzył” w nim swój syntezator analogowy Yamaha CS-80, podobnie jest w utworze [led]). Kompozycja nie pozostawia wątpliwości, jakie klimaty napotkamy dalej. Następujący po niej Node „kopie” jeszcze głębiej w analogowym gąszczu. Industrialny w swym wyrazie Solenoid przyniesie wątpliwe uspokojenie, a Puppets zaskoczy zmianą klimatów na bardziej ambientalne. Słychać tu już wyraźnie wkład Shreeve’a. To jednak tylko małe wytchnienie przed finałem w postaci Steel and Steam. To, co Mark wyciska ze swojego syntezatora, budzi podziw. Zaczyna się spokojnie, wręcz melancholijnie. Na mięsiste basy Mooga 3C nie czekamy jednak długo. Głębokie barwy są doprowadzone do maksimum niemal rozsadzając głośniki. Konstrukcja kompozycji i faktura brzmień przywołuje na myśl mroczny przemysłowy świat, a w szczególności ciężką pracę wielkich parowozów (np. Big Boy, Challenger). Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że „koszmar” szalonego maszynisty zmaterializował się. Mimo tak sugestywnej ilustracji muzycznej artyści nie używają sampli. Wszystkie efekty są wygenerowane przez syntezatory analogowe. Dźwięki nie są dosłowne, zbliżają tylko do tych występujących w rzeczywistości. Pole dla wyobraźni szerokie, ale chyba o to chodzi.
 
Powszechnie uważa się, że analogowa (klasyczna) muzyka elektroniczna to relikt przeszłości (szczególnie przy użyciu instrumentów z epoki). Że nie można stworzyć już niczego nowego. Wymienieni artyści niejednokrotnie, poprzez swoją twórczość, przeczyli temu twierdzeniu. Opisywana płyta jest dobrym przykładem.
 
Niestety, muzyka elektroniczna w swej analogowej odmianie staje się coraz bardziej elitarna. Wzrosła ilość płyt wydawanych w limitowanych seriach. Mimo że Polska jest w Europie, dostęp do wydawnictw jest mocno ograniczony. Płyta Steel and Steam nie jest tu wyjątkiem, 300 szt. mówi samo są siebie. Trochę szkoda.

 

Grzegorz Cezary Skwarliński © 2012
(artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl)
['ramp]
Steel and Steam
ramp007
Doombient.Music 2011
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt

 

Carbon Based Lifeform „[Interloper]”

08 sty
Acid ambient, cóż to takiego? O twórczości zespołu Carbon Based Lifeforms.
Facebook ma tyluż zwolenników co przeciwników. Są osoby nie wyobrażające sobie życia bez tego medium, są też takie, które zastrzegają się, że nie mają tam konta. Mimo tak diametralnie różnych postaw FB jest jednak źródłem często ciekawych informacji. Właśnie dzięki temu portalowi trafiłem na twórczość Carbon Based Lifeforms i intrygujący termin… „acid ambient”. Ta nieco dziwna (jak dla mnie) zbitka słowna zmobilizowała mnie do bliższego zaznajomienia się z twórczością CBL. Oto co z tego wynikło.
 
Zespół pochodzi ze Szwecji, tworzy go dwóch muzyków. Działalność artystyczną rozpoczęli w 1996 jako projekt poboczny do grupy Notch. W miarę upływu czasu CBL stał się głównym celem i pod tym szyldem ujawnił się w 1998. Pierwszą płytę Hydroponic Garden wydali jednak dopiero w 2003. Interloper jest trzecim krążkiem spod szyldu CBL. Ujrzał światło dzienne w 2010.
 
Na płytce zamieszczono 10 kompozycji. Pierwsze zaskoczenie to numeracja utworów. Nie rozpoczyna się od pozycji nr 1. Okazuje się, że płyta jest swego rodzaju kontynuacją dwóch poprzednich krążków. Właściwe więc wydaje się słuchanie od Hydroponic Garden i poprzez World Of Sleepers (2006) dojść do Interloper. Drugie zaskoczenie? Trzeba przyznać, że Interloper jest mało ambientalny. Sam fakt komponowania muzyki w wolnym tempie nie oznacza, że to ambient. Poza tym utwory zamieszczone na płytce momentami nie są wcale takie stonowane i spokojne. Można się nawet nieco pokołysać. Mimo wszystko kompozycje są miłe dla ucha. Rytmiczność nie jest natrętna, a melodyka w sumie uspokajająca. Nie jest to jednak ambient. Moim zdaniem bardziej to psybient czy też downtempo.
 
W tym miejscu można by już zakończyć, ale nasuwa się jeszcze jedno pytanie. Jakie pochodzenie ma termin „acid” występujący w publikacjach na temat CBL? Jednym z instrumentów wykorzystywanych (dość intensywnie) przez artystów jest automat Roland TB 303. To niemal już kultowe urządzenie o charakterystycznym mechaniczno – „kwaśnym” brzmieniu było (i jest) znane z takich gatunków jak acid-house, techno i pochodnych. Kojarzy się… z muzyką klubową.
 
Twórczość Carbon Based Lifeforms wypływa więc bardziej ze wspomnianych gatunków niż ambientu stricte. Czy to ma jednak jakieś większe znaczenie, skoro muzyka spełnia swoje relaksujące zadanie? Nie sądzę. Termin „acid ambient” pomińmy jednak milczeniem, bo tu nie pasuje (chill-out jest bardziej na miejscu).
Grzegorz Cezary Skwarliński © 2013
(artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl)
 
Carbon Based Lifeforms
Interloper
Ultimate Records inre041, 2010
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt

 

Tomasz Zawadziński „Saved as”

05 gru
Toruński artysta Tomasz Zawadziński zajmuje się komponowaniem od 1999 roku. Jak do tej pory wydał kilka ciekawych płyt. Wystąpił także na festiwalu w Gorlicach w 2005. Współpracuje ze Sławomirem Jędraszkiem.
 Tytuł recenzji fanom klasycznej muzyki elektronicznej z pewnością skojarzy się jednoznacznie. Nie będę jednak pisał o żadnej płycie z bogatego dorobku Tangerine Dream. O zespole też nie. Skoro nie, to o czym? O płycie Saved as Tomasza Zawadzińskiego. Skąd więc ten mylący (pozornie) tytuł?
 

Saved as rozpoczyna się utworem The search, który może kojarzyć się fanom TD z Sorcerer (jednym z wielu albumów tegoż zespołu z zapisem filmowej ścieżki dźwiękowej) i nie jest jedyna kompozycja wywołująca takie asocjacje. Krążek od samego początku tworzy atmosferę wywołującą podobne wrażenia, co twórczość Tangerine Dream z przełomu lat 70-tych i 80-tych XX wieku. Wbrew pozorom nie ma tu kopiowania ani naśladownictwa. Zawadziński prowadzi wprawdzie słuchacza do tego samego świata, ale przy pomocy odmiennych środków. Kompozycje są z jednej strony nastrojowe, z drugiej dynamiczne. Wzajemnie uzupełniają się tworząc ciekawą nastrojową abstrakcję. Abstrakcję, która w odpowiednich warunkach sprawia wrażenie dopracowanej ścieżki dźwiękowej jakiegoś nieistniejącego filmowego obrazu (być może nawet wyimaginowanego przez nasz umysł). Spotkamy tu oczywiście barwy, które przypomną dokonania grupy Edgara Froese (szczególnie te związane z kinematograficznymi produkcjami). Wydaje się, że jest to zabieg celowy mający odpowiednio ukierunkować słuchacza. Barwy i brzmienia jakie płyną z głośników nie pochodzą jednak ze wspomnianego wyżej okresu. Są współczesne. Wbrew pozorom nie przeszkadza to budowanym nastrojom. Nastrojom osadzonym chyba w najlepszym okresie dla muzyki elektronicznej jakim były lata 70-te i 80-te ubiegłego wieku.
 
Może wydawać się, że takie przebywanie jedną nogą w dzisiejszych czasach, a drugą w przeszłości wywoła rozdarcie. Jednak tak nie jest. Kompozytorowi udało połączyć się w odświeżający sposób klimat klasycznej muzyki elektronicznej ze współczesnym instrumentarium. Słychać, że Zawadziński czuje ten gatunek, a jego twórczość nie jest skażona przewidywalnością. Taki przyjemny… mandarynkowy sen.

 

Grzegorz Cezary Skwarliński © 2012
 (artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl)
 
Tomasz Zawadziński
Saved as
GEN CD 012, 2009
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt