RSS
 

Electroday. Wejherowo 21.06.2014

27 cze

Moje związki z muzyką elektroniczną trwają prawie od 30 lat. Głównie jestem słuchaczem, często recenzentem, a czasami i popularyzatorem. Mimo to na koncerty wybierałem się dość rzadko. Przeszkodą bywał brak czasu, praca, odległość czy też ograniczone finanse. Kiedy jednak w mieście gdzie mieszkam odbywała się impreza związana z muzyką elektroniczną, to „wymówki” nie szukałem. Nie tylko nazwa Electroday (21.06.2014) była dla mnie magnesem.

Przy okazji wspomnianej imprezy miałem przyjemność zagościć (po raz pierwszy od momentu otwarcia w maju 2013) w sali koncertowo-kinowej Wejherowskiego Centrum Kultury zwanego również Filharmonią Kaszubską. Nie ukrywam, że organizacja przestrzeni wymienionego pomieszczenia mile mnie zaskoczyła. Dość głęboka scena w połączeniu z mocno wybudowaną w górę widownią okazała się idealnym miejscem do słuchania muzyki, a muzyki elektronicznej w szczególności. Sala została wypełniona przez publiczność niemal w połowie, a przed publicznością wystąpili czterej kompozytorzy: Łukasz ‚Soundwalker’ Sobczak, Przemysław Rudź, Robert Kanaan i Marek Biliński.

Ucztę dla uszu rozpoczął Soundwalker. Dokonania tego kompozytora poznałem w drobnych fragmentach wyszperanych w internecie. Miałem więc pewne obawy czy twórca spełni moje oczekiwania. Zostałem mile zaskoczony. Muzyka tworzona przez Soundwalkera nie należy wprawdzie do szczególnie oryginalnych moim zdaniem, ale jest miła dla ucha. Trochę dynamiki, trochę liryki okraszonych mniej lub bardziej typowymi elektronicznymi efektami z pewnością zadowoliły sporą część publiczności. Bywały momenty kiedy można było wyczuć klimaty otrzymane w duchu twórczości Bilińskiego i Jarre’a. Jednak z naśladownictwem nie miało to nic wspólnego tylko raczej z luźną inspiracją. Niejednemu miłośnikowi przypadnie do gustu. Takie el środka z nieco ambitniejszą nutą.

Po Soundwalkerze przyszła pora na coś w prawdziwie klasycznym stylu, czyli na klimaty nawiązujące do szkoły berlińskiej. Charakterystyczne sekwencje zostały jednak dość mocno przekształcone przez Przemysława Rudzia poprzez wzbogacenie o elementy rocka progresywnego i szeroko pojętego ambientu (muzyki eksperymentalnej). Mimo sygnalizowanych przez kompozytora drobnych przeszkód (związanych z odbytą tuz przed Electroday wyprawą artysty do Kirgizji – różnice czasowe mogą powodować senność) i nieobecności Józefa Skrzeka, współautora prezentowanej suity, całość wypadła nienagannie. Szkoda tylko, że materiał został zaprezentowany w obszernym fragmencie, a nie całości. Jak dla mnie zdecydowanie za krótko trwało to „danie dźwiękowe”. W tej muzyce można by się zatopić do niepamięci, choć być może to tylko takie moje „skrzywienie”.

Trzeci występ to kolejna zmiana nastrojów. Robert Kanaan umiejętnie łączy muzykę elektroniczną z muzyką world i ethno wykorzystując w swej twórczości także instrumenty nieelektroniczne i naturalne głosy. Piosenka (w zasadzie pieśń) zaprezentowana w trakcie występu była na to dowodem, a jej klimat mógł przywoływać skojarzenia z twórczością zespołu Clannad czy też Enyi. Publiczność miała przyjemność wysłuchania kilku znanych dokonań artysty jak i nowych kompozycji, które niedługo ukażą się na nowej płycie. Nie ukrywam, że największe obawy wiązałem właśnie z tą częścią Electroday. Twórczość Roberta Kanaana jest mi mało znana, a te dokonania z którymi zaznajomiłem się lata temu, jakoś szczególnie mnie nie przekonały. Na szczęście moje obawy okazały się płonne. Muzyka pana Roberta wzbudziła we mnie nawet pewne, nieco liryczne, emocje.

No i przyszła pora na ostatniego artystę występującego w ramach Electroday. Marek Biliński to wspomnienia. Od wielu lat artysta nie prezentuje w zasadzie nic nowego. Jednak nie przeszkadzało mi to zbytnio. Miło było przypomnieć sobie klimaty generowane przez takie kompozycje jak Ucieczka z tropiku, Porachunki z bliźniakami. Dom w dolinie mgieł czy też Po drugiej stronie świata. Jedynym mankamentem występu było zbyt mocno podkręcone nagłośnienie (w stosunku do występów artystów poprzedzających), co powodowało, że momentami niektóre kompozycje zmieniały się w mało przyjemny jazgot. Nie była to jednak żadna wina artysty.

Czterej artyści, cztery indywidualne spojrzenia na muzykę elektroniczną. Spojrzenia różne, znane, lubiane, ale też dopiero odkrywane. Każde z nich jednak w jakiś sposób poruszające i niosące niecodzienne doznania. Doznania potęgowane odpowiednio dobranymi wizualizacjami (trzeba przyznać, że operator oświetlenia scenicznego nie próżnował). Publiczność mogła więc czerpać przyjemność nie tylko ze słuchania muzyki ale też widowiska świetlnego. Po koncercie można było porozmawiać z artystami nabyć płyty i otrzymać autografy.

W Polsce nie znajdziemy zbyt wielu cyklicznych imprez poświęconych muzyce elektronicznej (szczególnie w jej klasycznym wydaniu). Poza odbywającymi się od wielu lat MPM ‚Ambient’ w Gorlicach i CEMF w Cekcynie nie uświadczymy nic godnego uwagi. Festiwal w Płocku z klasyczną muzyką elektroniczną ma niewiele wspólnego, więc trudno zaliczyć go do tego grona. Zeszłoroczne letnio-wakacyjne przedsięwzięcie we Władysławowie pod nazwą Ocean Electronic Festiwal wypadło ciekawie, ale przypuszczam, że edycja 2014 nie odbędzie się (do momentu pisania niniejszej relacji nie odnalazłem żadnych informacji na temat kolejnego wydania OEF). Pojawiają się oczywiście od czasu do czasu tu i ówdzie pojedyncze koncerty. Takie jednorazowe przedsięwzięcia nie zmieniają jednak ogólnego obrazu. Obrazu, który można nazwać posuchą. Dlatego dobrze by się stało gdyby idea Electroday była kontynuowana w następnych latach. Szczególnie, że miejsce idealnie się nadaje do tego typu koncertów. Marek Biliński na zakończenie swojego występu powiedział, że sala jest wspaniała, że nie ma takiej drugiej w Polsce, a i w Europie jest niewiele. Nie sadzę aby było to „przymilanie się” do mieszkańców. Pan Marek jest zbyt cenionym i długoletnim artystą aby zniżać się to takich tanich pochwał. Zresztą pozostali muzycy również chwalili miejsce i to nie tylko za akustykę.

Na zakończenie mała refleksja. Wbrew pozorom nie jest łatwo zorganizować koncert muzyki elektronicznej. Kiedyś sam próbowałem. Efektem były dwa kameralne występy w ramach Nocy Muzeów w Muzeum Miasta Gdyni (w 2010 Polaris/Horn, w 2011 Jarosław Degórski) gdzie swego czasu pracowałem. Jednak ze względu na specyfikę imprezy i związana z nią późna pora występów (0:00 do 1:00 w nocy) powodowała, że koncerty gromadziły mało słuchaczy, W kolejnych latach nie były kontynuowane. Tym bardziej należą się słowa uznania dla organizatora/ów Electroday za wytrwałość i determinację. Oby trwały jak najdłużej i przyczyniały się dalej do popularyzowania muzyki elektronicznej w klasycznym wydaniu.

 słuchał, fotografował i relację spisał
Grzegorz Cezary Skwarliński ©
artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka

 

Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów

26 cze

Coraz częściej spotykam się z twierdzeniem, że w muzyce wszystko już było. Nie jest to prawda, choć słuchając tego co proponują media głównego nurtu, można odnieść takie wrażenie (covery wszelkiej maści, kompozycje tak podobne do siebie, że niemal ocierające się o plagiat). Liczba kombinacji (choćby w przypadku tonów i półtonów tylko z trzech oktaw) jest jednak na tyle duża, że jeszcze nie wszystko zostało wymyślone i zagrane. Dlatego też przy odpowiedniej chęci poszukiwań można znaleźć intrygujące kawałki.

Mógłbym wymienić w tym miejscu kilka ciekawych kierunków jakimi podążała muzyka (nie tylko elektroniczna), ale nie to jest celem niniejszej recenzji (nie mówiąc o objętości takiego „spisu-tekstu”). Wspomnę tylko, że w historii muzyki mieliśmy do czynienia z wieloma eksperymentami brzmieniowymi, stylistycznymi, formalistycznymi, itd. itp. Takie terminy jak muzyka konkretna, punktualizm, muzyka intuitywna, awangarda, muzyka kosmiczna to tylko niewielki fragment tego co się działo w przeszłości w obszarze, który obecnie jest nazywany muzyką elektroniczną.

Jednak mimo wielu możliwości i rozleglej muzycznej przestrzeni fazowej* trudno jest wymyślić coś nowego i intrygującego. Większość kompozytorów wpada w „przetarte szlaki”, powtarza (często nieświadomie) rzeczy, które miały już miejsce w bliższej lub dalszej przeszłości. Na szczęście nie ma na świecie człowieka, który poznałby wszystkie muzyczne obszary (o czym niedawno się przekonałem osobiście rozmawiając z pewną obeznaną w muzyce osobą, która o muzyce elektronicznej po raz pierwszy usłyszała ode mnie) i można natrafić na mniejsze lub większe ciekawostki. W tym kontekście płyta pod intrygującym tytułem Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów (zespołu o nie mniej intrygującej nazwie – Dziecka) może okazać się dla pewnej grupy słuchaczy całkiem miłym zaskoczeniem.

a2677935275_2

Wbrew tytułowi wydawnictwa nie mamy w tym przypadku do czynienia z odgłosami natury tylko z twórczością, którą w przeszłości określano mianem awangardy. Niestety dziś taką twórczość często „wrzuca się do worka” z napisem ‚ambient’ i to bez szczególnego zastanowienia. Czy słusznie? Zdania będą z pewnością podzielone.

Na płycie odnajdziemy zmiksowane brzmienia, które niekoniecznie skojarzą się bezpośrednio z muzyką elektroniczną. Stylistyka poszczególnych kompozycji jest zróżnicowana. Odnajdziemy klimaty rodem z nowej elektroniki, ambientu i gatunków nieelektronicznych (brzmienia jednak są uzyskiwane za pomocą techniki samplingu). Taka mieszanka niesie ze sobą niecodzienne wrażenia. Momentami wydaje się nawet, że twórcy powrócili niejako do korzeni muzyki elektronicznej. Korzeni nierozerwalnie związanych z poszukiwaniami twórczymi i eksperymentem. Niektóre kompozycje mogą przywoływać na myśl awangardowe dokonania zespołu Kraftwerk z lat 70-tych XX wieku (np. z płyty Radio-Activity). Na płycie znajdziemy też utwory mniej eksperymentalne, ciążące ku klasycznemu ambientowi. Nie jest to jednak żadna ujmą dla całości produkcji. Niecodzienne tytuły kompozycji wzmagają wrażenie, że mamy do czynienia z eksperymentem. Moim zdaniem eksperymentem udanym.

Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów nie należą do szczególnie oryginalnych przedsięwzięć. Jednakże na tle innych podobnych produkcji wypadają całkiem jasno. Powinny zadowolić nie tylko niejednego miłośnika ambientu, ale też słuchaczy poszukujący wśród dźwięków generowanych sztucznie czegoś nowego, świeżego.

 

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

 

*przestrzeń wszystkich możliwych stanów w jakich może znajdować się badany układ (np. w oktawie bez półtonów jest 8 dźwięków, więc przestrzeń fazowa obejmuje ponad 40 tysięcy możliwych stanów)

 

Dziecka
Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów
styczeń 2014

http://dziecka.bandcamp.com/album/wilekopowierzchniowe-odg-osy-las-w
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka, recenzje płyt

 

Zanosi się na długą historię, czyli „Długa wojna” Terry’ego Pratchetta i Stephena Baxtera

19 cze

Lektura Długiej Ziemi była dla mnie na tyle interesująca, że nie omieszkałem sięgnąć po dalszy ciąg historii ziemskich światów równoległych w postaci Długiej wojny. Nie ukrywam, że nazwisko jednego z autorów jest dla mnie ciągle nieustającym magnesem, więc sięgam niemal po wszystko sygnowane znakiem sir Pratchetta. Niestety druga część cyklu nie spełniła moich oczekiwań. Można nawet powiedzieć, że w pewnym stopniu mnie rozczarowała.

216310-352x500

Sięgając po Długą wojnę liczyłem na sporą dawkę niekonwencjonalnych pomysłów i humoru. Niestety nie znalazłem ich w opowiadanej historii (w szczególności charakterystycznej dla poprzedniej części ironii). Reaktywacja niektórych bohaterów (np. siostry Agnes) pewnie miała wprowadzić pewne humorystyczne urozmaicenie, ale moim zdaniem wyszło to mało ciekawie. Nagromadzenie luźno powiązanych ze sobą wątków również nie poprawia ogólnego odbioru. Niektóre z nich wydają się wręcz zbędne (np. wątek inteligentnych „psów-wilków”). Według mnie nie wnoszą nic istotnego do snutej opowieści. Były nawet momenty, kiedy nabierałem podejrzeń, że zostały dodane w celu uzyskania odpowiedniej objętości powieści. Tytuł książki też może okazać się mylący. Wojna w powieści jest jakaś mało wojenna, choć to akurat nie powinno być zaskoczeniem. Specyfika opisywanego ciągu światów równoległych powoduje, że i wojna jest inna niż wszystkie (można jednak wyłuskać z tekstu odwołania do amerykańskiej wojny o niepodległość). Zakończenie powieści pozostawia spore pole do kontynuowania cyklu. Sugeruje też powody, dla których ludzie uzyskali zdolność przekraczania do światów równoległych.

Jak można podsumować całość? Mam mieszane uczucia. Długa wojna z jednej strony jest dobrą, sprawną literaturą. Z drugiej sprawia wrażenie nie do końca przemyślanej kontynuacji. Będzie oczywiście grono niezadowolonych odbiorców jak i entuzjastów. Ci czytelnicy, którzy nie znają poprzedniej części cyklu, mogą mieć trudności ze zrozumieniem niektórych wątków. Niestety ta część wypada blado na tle jej do poprzedniczki. Ot, takie czytadło fantastyczne. Nic poza tym. Może w kolejnej odsłonie cyklu (Długi Mars) będzie lepiej.

 Grzegorz C. Skwarliński ©

 

Terry Pratchett, Stephen Baxter
Długa wojna
Prószyński Media, marzec 2014
str. 448

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje książek

 

Komisarz Wątroba znów w akcji, czyli „Fabryka wtórów”

23 mar

Ekspansja e-booków na rynku wydawniczym jest coraz bardziej zauważalna. Nowe, klasyczne w formie, wydawnictwa ukazują się także w wersji elektronicznej. Jeśli tak się nie dzieje, często kończy się to mniejszą sprzedażą, a nawet czymś na kształt oburzenia czytelniczego (vide przypadek Sezonu burz Sapkowskiego). W tej masie pojawiają się też książki, które nie potrzebowały do swojego powstania papieru.  Istnieją oficyny zajmujące się wydawaniem wyłącznie pozycji w formie elektronicznej (jedną z nich jest RW2010). Z jednej strony jest to pewien minus (czytniki e-booków nie są jeszcze zbyt atrakcyjne cenowo dla przeciętnego odbiorcy). Z drugiej strony jest to plus (bywa, że e-booki są znacząco tańsze od wydawnictw tradycyjnych, często też zdarzają się atrakcyjne promocje). Na szczęście forma nie ma większego wpływu na przyjemność płynącą z lektury.

Od momentu kiedy stałem się szczęśliwym posiadaczem czytnika e-booków szybko przekonałem się o zaletach tego urządzenia. Dzięki niemu poznałem opowieści, które w tradycyjnej formie są nieosiągalne. Jedną z nich była powieść pt. Przejście A8 Tomasza Mroza. Historia w niej opowiedziana na tyle mnie wciągnęła w swój świat, że postanowiłem sięgnąć po następną książkę tegoż autora. Szczególnie, że dzięki uprzejmości pisarza okazja nadarzyła się zaskakująco szybko.

Bohaterowie Fabryki wtórów są znani z poprzednich powieści autora, choć sama Fabryka nie jest ich dosłowną kontynuacją. Jak dla mnie jest to plus. Nie trzeba poznawać innych dokonań autora aby zorientować się w fabule. Niektóre postacie (Nowak) występujące w książce mogą jednak nieco zmylić  czytelników znających wcześniejsze perypetie komisarza Wątroby. W odróżnieniu od Przejścia A8 nie mamy tym razem, wbrew pozorom, do czynienia z kryminałem. Komisarz  prowadzi wprawdzie coś na kształt śledztwa, ale jest to raczej prywatna próba rozwikłania pewnej dość zawiłej tajemnicy z przeszłości i teraźniejszości. Czy ta próba jest udana? Wszystko zależy od indywidualnej interpretacji czytelnika. Dla niektórych odbiorców zakończenie będzie zadowalające. U innych wyzwoli chęć poznania dalszych losów ludzi i ich kopii (ups, lepiej dalej nie pisać aby zbyt wiele nie zdradzić).

Powieść jest okraszona charakterystycznym humorem (często rubasznym) i subtelną ironią (nie tylko na temat policji i polskiego społeczeństwa). Poczujemy sympatię do „gangu Stalowego”, pośmiejemy się z przypadków komisarza Wątroby i zastanowimy się nad sensem istnienia. Często też poczujemy powiew subtelnej grozy. Powieść nie omija lokalnych (i nie tylko) problemów codzienności wprowadzając jednocześnie sporo elementów realizmu magicznego. Pod płaszczykiem ciekawej, momentami intelektualnej rozrywki autor przemyca pokaźną dawkę przemyśleń na temat społeczeństwa i naszej rzeczywistości.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

Tomasz Mróz
Fabryka wtórów
Oficyna Wydawnicza RW2010 2013
e-book

 

Kryminał metafizyczny, czyli „Przejście A-8″

12 mar

Konwencja kryminału jest trudna do przełamania. Zbrodnia, śledztwo (często żmudne i zawiłe) i następujące po nich wykrycie sprawców (rozwikłanie zagadki). Wielu pisarzy próbowało i próbuje na różne sposoby łamać ten schemat.

Konwencja kryminału jest trudna do przełamania. Zbrodnia, śledztwo (często żmudne i zawiłe) i następujące po nich wykrycie sprawców (rozwikłanie zagadki). Wielu pisarzy próbowało i próbuje na różne sposoby łamać ten schemat. Wychodzi różnie. Czasami interesująco, czasami śmiesznie, czasami smutno. Bywa, że tragicznie. Często nieprzekonująco. Do tej pory nie spotkałem się jednak z połączeniem wątków kryminalnych i metafizycznych okraszonych tematyką sensacyjną i społeczną. W dodatku zanurzonych w sosie subtelnej ironii. Przejście A-8 Tomasza Mroza takie właśnie jest.

Enigmatyczny tytuł powieści nie zachęca zbytnio do czytania. Jednak to co odkryjemy na jej kartach może pozytywnie zaskoczyć. Są oczywiście trupy. Jest także jakieś śledztwo. Nie ono jednak okazuje się najważniejsze. Zbrodnia jest tu tylko pretekstem do przedstawienia przeżyć, przemyśleń, pragnień i żądz bohaterów. Co popycha ich do takiego a nie innego działania. Mimo zawarcia wielu osobistych przemyśleń bohaterów powieść nie należy do „ciężkich”, a wspomniane wątki metafizyczne są ciekawie wmontowane w całość. Szczególnie intrygująca jest wizja świata po śmierci (pseudośmierci?) jednej z głównych postaci opisywanej historii. Biurokracja, formularze i kruczki prawne okazują się nie mniej ważne niż na naszym „ziemskim łez padole”. I chyba na tym powinienem zakończyć aby nie zdradzać szczegółów i tym samym nie pozbawiać czytelników przyjemności płynącej z lektury. Bo przyjemność jest. I to duża. Każdy z prowadzonych wątków jest ważny, a autor nie gubi się w ich mnogości. Przeskoki w czasie nie rozpraszają (za to po części wyjaśniają niektóre tajemnice). Obraz rzeczywistości jest wiarygodny, przedstawiony z pewną dawką humoru ale też nie pozbawiony gorzkiej ironii. Uważny czytelnik odnajdzie w powieści elementy realizmu magicznego.

Warto wspomnieć, że książka ukazała się wyłącznie w wersji elektronicznej. Nie jest to może rozwiązanie doskonałe (rynek e-booków w Polsce nie jest jeszcze mocno rozwinięty), ale przynajmniej do powstania powieści nie przyczyniło się żadne drzewo (co jest wyraźnie zaznaczone w wydawnictwie).

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

Tomasz Mróz, Przejście A-8
Oficyna Wydawnicza RW2010, 2012
E-book

 

Bez elektronicznych gadżetów.

27 lut

Stefan Wesołowski, urodził się 1985 – kompozytor, skrzypek, recenzent muzyczny. Studiował w Akademii Muzycznej w Gdańsku oraz Académie Musicale de Villecroze we Francji.

Nie mam nic przeciwko muzyce elektronicznej. Jestem jej miłośnikiem, choć nie wszystkie jej odmiany przypadają mi do gustu. Jednak niektóre rzeczy dość mocno mnie denerwują. Szczególnie „podnosi mi ciśnienie” silenie się coraz większej liczby twórców (przeważnie młodych i wspieranych przez media głównego nurtu) na artyzm, kiedy większość pracy (o ile nie cała) jest wykonywana za nich przez technikę (i dotyczy to nie tylko muzyki elektronicznej). Technikę reprezentowaną przez predefiniowane w instrumentach beaty, rytmy, pętle, itp. nie wspominając o czyszczonych cyfrowo głosach wokalistów. Coraz częściej nie trzeba umieć grać (i znać się na tym), by coś stworzyć. Czy jednak taka „twórczość” jest godna uwagi? Nie sądzę. Jakość artystyczna będzie marna, a powtórzeń się nie uniknie. Szkoda tylko że przy tej okazji „giną w tłumie” artyści ambitni i godni uwagi.

W związku z powyższym ciśnie się na usta pytanie, czy w czasach wszechobecnej papki muzycznej (nie tylko elektronicznej) jest miejsce dla ambitnych przedsięwzięć? Zdecydowanie jest i jak pokazuje przykład Liebestod, nie musi to być muzyka elektroniczna. Bez elektronicznych gadżetów (lub ze śladowym ich wykorzystaniem) też można uzyskać intrygujące efekty. Efekty, które niejednemu słuchaczowi skojarzą się z… ambientem.

Na płycie znajdziemy tylko sześć nastrojowych kompozycji. Kompozycji poruszających się w mocno ambientowych, trochę mroczno-nostalgicznych, klimatach. Konstrukcja utworów i barwy jakie popłyną z głośników niejednemu słuchaczowi przywiodą na myśl niebanalne i wyszukane sample (technika samplingu jest obecnie tak mocno rozwinięta, że trudno odróżnić dźwięk naturalnego pochodzenia od sampli). Lektura okładki krążka rozwiewa jednak wszelkie wątpliwości. Utwory powstały przy użyciu klasycznych instrumentów dętych, smyczkowych i fortepianu z drobnym udziałem elektroniki (stanowi głównie tło). Mając tego świadomość, tym bardziej należy docenić kunszt artystów muzyków. Słychać, że Wesołowski inspiruje się klasyką. Na szczęście nie są to żadne wariacje na temat tylko indywidualne spojrzenie. Spojrzenie niezwykłe.

Tytuł Liebestod skojarzy się niektórym melomanom z twórczością Richarda Wagnera. Mi osobiście zawartość płyty przywołała z pamięci cykl audycji pt. Słuchajmy razem prowadzony przez Jerzego Joba w czwartki wieczorem w programie II Polskiego Radia w latach 80-tych XX wieku. W jednym z programów redaktor ów prezentował dokonania, które określił jako klimaty elektroniczne generowane przez instrumenty nieelektroniczne. To co proponuje słuchaczom Stefan Wesołowski (wraz z muzykami towarzyszącymi) jest idealnym przykładem takiej twórczości i to na bardzo wysokim poziomie.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©
(artykuł ukazał się pierwotnie na portalu Wywrota.pl)

 

Stefan Wesołowski
Liebestod
IMPREC397
Important Records 2013
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka, recenzje płyt

 

Dla każdego coś miłego, czyli „Teorie spisków”

20 lut

„Teorie spisków” to swoista wyprawa po tajemnicach ludzkości, nierozwiązanych zagadkach i wzbudzających podejrzenia wydarzeniach. Lektura miejscami wciągnie, miejscami odpręży, troszkę pobudzi wyobraźnię.

Zawsze mam mieszane uczucia kiedy sięgam po jakąkolwiek antologię. Z jednej strony otrzymuję przekrój twórczości różnych autorów (opracowany przeważnie według jakiegoś klucza). Z drugiej strony mam świadomość, że takie wydawnictwa często grzeszą swoją nierównością. Teorie spisków nie zaskoczyły mnie pod tym względem.

W pierwszej chwili zbiorek skojarzył mi się z kompilacją różnych teorii spiskowych. Co, nie ukrywam, zaciekawiło mnie. Po zapoznaniu się z wprowadzeniem poczułem lekki zawód, że to „tylko” szeroko pojęta fantastyka. Fakt, że książka jest pokłosiem pewnego konkursu literackiego także nie nastrajał mnie pozytywnie. Na szczęście lektura opublikowanych opowiadań prawie zniwelowała moje początkowe rozczarowanie. Dlaczego prawie? O tym dalej.

Wszystkie teksty łączy szeroka i miejscami dość luźno potraktowana tematyka teorii spiskowych. Opowiadania wyszły spod piór debiutantów i mało znanych autorów. Dzięki temu do rak czytelników trafił zbiór opowiadań o stosunkowo świeżym i oryginalnym spojrzeniu. Niektóre z prezentowanych wizji dadzą do myślenia (Fatum Lotto), inne zaciekawia swoja fabułą (Dziesiąta), jeszcze inne zaskoczą tematyka i formą (Kriodestrukcja, czyli teoria zimowego spisku). Jak to w tego typu wydawnictwach bywa spotkamy też niestety teksty trochę zbyt przewidywalne i poruszające wyeksploatowane tematy obecne w teoriach spiskowych (Ziarno niepewności). Wszystko jednak zależy od gustu. Jak dla mnie Teorie spisków to swoista wyprawa po tajemnicach ludzkości, nierozwiązanych zagadkach i wzbudzających podejrzenia wydarzeniach. Lektura miejscami wciągnie, miejscami odpręży, troszkę pobudzi wyobraźnię. Rozrywka na dobrym poziomie do przeczytania w jeden wieczór.

Wróćmy do mojego początkowego, nie całkiem rozwianego, rozczarowania. Są w książce drobne „zgrzyty”. Jednego z wyróżnionych opowiadań (Od Minotaura, czyli krótka historia o początkach kapitalizmu) brakuje w zestawieniu, a Róża Tudorów nie pasuje mi do tematyki antologii (w zbiorku opowiadań historycznych byłaby na miejscu ale nie tutaj). Moim zdaniem niedobrze się stało, że lista nagrodzonych nie pokrywa się z zawartością zbioru. Nie wiem czy to błąd, czy są inne powody tego stanu rzeczy. Dla mnie wygląda to dość nieprofesjonalnie, choć pewnym usprawiedliwieniem może być niedoświadczenie wydawnictwa, bo Teorie spisków to także debiut wydawniczy.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

(artykuł pochodzi z portalu wywrota.pl)

 
Teorie spisków. Antologia
Wydawnictwo Craiis
Kraków 2013
str. 264
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje książek

 

Wszystko jest muzyką.

30 sty

Bez ciemności nie wiedzielibyśmy co to światło. Bez ciszy nie wiedzielibyśmy co to dźwięki. Czym jest więc antymuzyka?

Żyjemy w takich czasach, że niemal wszystko rozmywa się w niekonsekwentnym, niedokładnym i pozbawionym elementarnej wiedzy nazewnictwie zjawisk. Liczy się tylko szybkość i zdobycie rzeszy odbiorców. Rzetelność ma coraz mniejsze znaczenie. Niestety ta tendencja nie omija muzyki, także tej elektronicznej. Mniejsza z tym, że granice międzygatunkowe ulegają zatarciu, a same gatunki ulegają wymieszaniu. Denerwuje mnie jednak bezkrytyczne przypisywanie pewnych terminów do mało ambitnej muzyki. Tak jest z ambientem.

Ambient znaczy otaczający. Twórcy tego terminu (Brian Eno, lata 70-te XX wieku) chodziło o tworzenie muzyki z szerokim wykorzystaniem dźwięków z otaczającego świata. Z czasem termin nabrał szerszego znaczenia i zaczął oznaczać także muzykę eksperymentalną, minimalistyczną i awangardową, często pozbawioną wyraźnie wyodrębnionego rytmu, wręcz spokojną. Ta ostatnia cecha powoduje, że nagminnie spotykamy się z przypisywaniem do ambientu kompozycji po prostu spokojnych, uspokajających ale nie mających z tym gatunkiem nic wspólnego.

DigitalsimplyWorld na płycie Tout devient la musique (Wszystko staje się muzyką) sięga niejako do źródeł ambientu. Kompozytor stara się w zgromadzonym materiale odpowiedzieć na pytanie co to jest antymuzyka. Najlepiej będzie jak oddam głos artyście.

„[…] Antymuzyka jest zbiorem dźwięków, które podane w sposób zwyczajny, naturalny są częścią świata, którego nie postrzegamy jako muzyki, wręcz przechodzimy obojętnie. […] Dźwięk przesuwanego krzesła jest antymuzyczny, lecz paradoksalnie podany w sposób muzyczny… staje się yin i yang w odpowiednim kontekście. [...]”

Tout devient la musique to mocno zróżnicowany album i niełatwy w odbiorze. Miłośnicy klasycznego ambientu odnajdą jednak wiele przyjemności w odkrywaniu zawartego na nim materiału. Eksperymenty dźwiękowe kompozytora nie są wprawdzie spektakularne, ale zestawienia barw i brzmień poruszą niejednego słuchacza. Każde słuchanie tej płyty to jak odkrywanie na nowo dźwięków i muzyki, której de facto nie uważamy za muzykę. Autor niejako udowadnia, że nawet szum może być muzyką (i wcale nie chodzi tu tzw. noise). Poszukiwania antymuzyki przez twórcę są według mnie jak najbardziej udane. Niestety mam obawy, że mniej wyrobieni słuchacze nie docenią wysiłku kompozytora, nie mówiąc o przesłaniu jakie niesie Tout devient la musique. Obym się mylił.

Muszę przyznać, że płyta zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jej poprawiona wersja z 2014 jeszcze bardziej je wzmogła. Do tego stopnia, że niemal do każdego utworu „skonstruowałem” klip. Kilka linków podaję niżej.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

Tout Devient La Musique

DigitalSimplyWorld 2013, remastered 2014


http://digitalsimplyworld.bandcamp.com/album/tout-devient-la-musique

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka, recenzje płyt

 

DSW „Utopia” – klipy video

21 gru

Kiedy pisałem recenzję tej płyty (tekst znajduje się  tutaj) nie sądziłem, że zrobię do niej więcej niż jeden klip video. Stało się inaczej. Płyta urzekła mnie na tyle, że zmontowałem dalszy materiał:

1. do utworu „Cosmic Ocean”

2. do utworu „Out of Darkness in Light”

3. do utworu „Light from the Sky”

i podejrzewam, że to jeszcze nie koniec.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka

 

DSW – „Utopia”

09 gru

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Muzyki elektronicznej słucham już niemal od trzydziestu lat. W tym czasie wiele kompozycji dotarło do mego ucha, poznałem twórczość niezliczonych artystów i zebrałem całkiem sporą wiedzę o tym gatunku muzycznym. Ubolewam jednak niezmiennie nad tym, że wyżej wymieniony termin jest nadużywany przez „znawców” muzyki, którzy chcąc się popisać swoją elokwencją, często okazują się ignorantami (choć pewnie sami o tym nie wiedzą). Takie mamy czasy. Łatwo jest coś powiedzieć lub opisać szybko, niedokładnie, bez zastanowienia i poznania źródeł. Ważne, aby być przed innymi „publicystami”. Nie jest to dziwne w dobie wszechogarniającej muzycznej popeliny i medialnego pędu, ale denerwuje. Z tego „szumu informacyjnego” trudno jest wyłuskać coś godnego zainteresowania i wysłuchania.

Wielu „artystów” muzyków dwoi się i troi w celu uzyskania popularności. Często przy tym podpierają się też terminem „muzyka elektroniczna” jakby to było jakieś panaceum na odpowiednie wylansowanie ich twórczości. Twórczości, która pozostawia wiele do życzenia. Przenosząc niejako z innego obszaru sztuki pewne powiedzenie „to nie aparat robi zdjęcia”, można powiedzieć, że w muzyce jest podobnie. Instrumenty to tylko narzędzie, które trzeba poznać i umiejętnie wykorzystać. Większości młodych twórców to się nie udaje. Mając to na względzie dziwne jest, że przebijają się do ogółu odbiorców. Kwestia poparcia odpowiednich gremiów? Być może. Jest to jednak temat na inny artykuł.

W Polsce jest obecna całkiem spora grupa ambitnych twórców. Twórców, których dokonań trzeba szukać na różne sposoby, bo nie przebiją się zbyt mocno do ogółu odbiorców. Za to muzyka jaką proponują zadowoli niejednego słuchacza i to nie tylko gustującego w dźwiękach generowanych sztucznie. Jeszcze całkiem niedawno tacy artyści wypalali płyty CD-R i rozprowadzali swoimi kanałami. Aktualnie króluje internet. I dobrze. Jednym z takich kompozytorów publikujących głównie w sieci jest artysta ukrywający się pod pseudonimem DigitalSimplyWorld. To polski artysta, który eksploruje obszary muzyki elektronicznej zwane ambientem. Jest muzykiem płodnym, a jego dokonania są dostępne gratis. Zapewne niejeden słuchacz pomyśli, że skoro gratis, to nie warte uwagi. Nic bardziej mylnego. Kolejne albumy i zawarte na nich kompozycje są coraz lepiej dopracowane, a ich warstwa instrumentalno-nastrojowa zadowoli nawet wybrednego miłośnika nie tylko klasycznego ambientu.

Utopia nie jest pierwszą płytą w dorobku DSW. Jednak to pierwszy album artysty, który postanowiłem opisać. Zawartość nie należy do rewolucyjnych. Tutaj ważną rolę odgrywa nastrój, a ten jest budowany nienagannie i konsekwentnie mimo dość krótkich kompozycji (w odróżnieniu od większości dokonań z ambientowego kręgu). I nie zrażajmy się dysharmonicznym otwarciem. Charakterystyczny dla gros kompozycji zawartych na płycie jest ich hipnotyczny rytm. Rytm nienachalny i niezbyt szybki. Rytm, który nie wybija się szczególnie spośród innych barw. Jednak bardzo ważny dla tworzonego, niepowtarzalnego klimatu tajemnicy pomieszanego z melancholią. Według mnie właśnie ten nastrój jest największym atutem płyty. Prawdopodobnie Utopia urzekła mnie właśnie z tego powodu.

Autor ma w swoim dorobku płyty, i ciekawsze, i lepsze. Z muzyką jest jednak tak, że nie wiadomo kiedy i jaka zagra na strunach duszy. Kompozycje DSW umieszczone na Utopii poruszyły mnie do tego stopnia, że zmontowałem nawet mały klip do jednego z utworów. Może to też wina panującej za oknem jesienno-zimowej aury? Któż to wie.

 

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

DigitalSimplyWorld
Utopia
listopad 2013

http://digitalsimplyworld.bandcamp.com/album/utopia
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt