RSS
 

Notki z tagiem ‘ambient’

DigitalSimplyWorld – NEUTRINO

03 lip
Wielowarstwowa muzyczna opowieść w fantastycznych klimatach.

 

Czy płodność twórcy ma wpływ na jakość dzieł wychodzących spod jego palców? Na pewno. Czy prawdziwa jest jednak teza panująca w przestrzeni publicznej, że im więcej, tym gorzej? Czy duża ilość dzieł przedkłada się na ich gorszą jakość (i odwrotnie)? Ta reguła nie pokrywa się z działalnością wszystkich twórców. Można tworzyć niewiele i marnie, można tworzyć dużo i na dobrym, często wysokim, poziomie. W dziedzinie muzyki elektronicznej przykładem na to drugie jest działalność kompozytorska DigitalSimplyWorld.

Muzyk ten od lat konsekwentnie eksploruje elektroniczno-eksperymentalne obszary dźwięków. Kolejne płyty ukazują się jednak na tyle szybko, że trudno uważniej zapoznać się ze starszymi dokonaniami twórcy. Poświęcenie większej ilości czasu na takie dokonania jest jednak wskazane. I to nie tylko by docenić pomysłowość kompozytora. Wśród ostatnio opublikowanych przez DSW płyt na dłuższą uwagę zasługuje tryptyk opatrzony tytułem NEUTRINO.


machine

 

Pierwsza część cyklu może zaskoczyć swoim specyficznym brakiem muzyki (w powszechnym rozumieniu tego terminu). Ten brak jest jednak pozorny. Choćby dlatego, że wszystko jest muzyką (co kompozytor udowadniał płytą Tout Devient La Musique ). Mroczny ambientowy klimat „rozlewa się” na machine od samego początku i wymaga pewnego skupienia (uruchomienie wyobraźni podczas słuchania może być bardzo pomocne). Bliżej niesprecyzowane odgłosy, minimalistyczny rytm i industrialne barwy budują tajemniczy i nieco mroczny klimat. Drugi utwór przynosi nieco odprężenia dzięki swojej hipnotycznej rytmice i może zaskoczyć końcową recytacją. Nie jest to do końca dobry pomysł, ale biorąc pod uwagę cały tryptyk, taki zabieg ma swoje uzasadnienie.

 

passenger

Kolejna płyta z cyklu jest dość krótka i niesie ze sobą bardziej klasyczne (i mniej eksperymentalne) ambientowe klimaty. Monotonny rytm jedynej kompozycji może przywoływać skojarzenia z jakąś bliżej nieokreśloną podróżą… pociągiem. Całkiem ciekawe i nadspodziewanie uspokajające, ale szczególnie nie zaskakuje. To zwyczajna podróż. Czasami trzeba odbyć też takie.

 


operator

Trzecia płyta to coś na kształt słuchowiska. Recytowany tekst nie pozostawia zbyt wielu złudzeń. Jest to jednak część, która „wyjaśnia” całą dźwiękową opowieść i spaja ją w całość, więc nie należy się zrażać na wstępie. Podczas słuchania mogą pojawiać się różne skojarzenia związane z szeroko pojętą fantastyką. Mi osobiście przyszła na myśl pewna idea propagowana swego czasu przez nieżyjącego już Stockhausena polegająca na traktowaniu głosu ludzkiego jak każdego innego instrumentu muzycznego. DSW jest jeszcze daleki od tego. Pewne przesłanki jednak powstały i w przyszłości wszystko jest możliwe.

Całość wyszła całkiem interesująco. Jedna część dłuższa, dwie krótsze. Niemal jak w klasycznym tryptyku, w którym mniejsze składowe (np. skrzydła obrazu) stanowią uzupełnienie głównego dzieła będąc jednocześnie jego niezbędnym elementem potrzebnym do zrozumienia całości. Mogą oczywiście funkcjonować w oderwaniu jako samodzielne części, ale ich odbiór będzie wtedy niepełny.

Wszystkie części NEUTRINO istnieją w formie wirtualnej, dostępne są w internecie w postaci plików mp3. Taki znak czasów (klasyczna płyta CD to już niemal rarytas). Kompozytor dzieli się jednak swoją twórczością ze słuchaczami bez pobierania jakichkolwiek opłat. Idea wolnej kultury w praktycznym zastosowaniu (co jawnie stoi w opozycji do opinii „znawców” twierdzących, że za jakość kultury trzeba płacić).

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

 

NEUTRINO – machine

NEUTRINO – passenger

NEUTRINO – operator

 

Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów

26 cze

Coraz częściej spotykam się z twierdzeniem, że w muzyce wszystko już było. Nie jest to prawda, choć słuchając tego co proponują media głównego nurtu, można odnieść takie wrażenie (covery wszelkiej maści, kompozycje tak podobne do siebie, że niemal ocierające się o plagiat). Liczba kombinacji (choćby w przypadku tonów i półtonów tylko z trzech oktaw) jest jednak na tyle duża, że jeszcze nie wszystko zostało wymyślone i zagrane. Dlatego też przy odpowiedniej chęci poszukiwań można znaleźć intrygujące kawałki.

Mógłbym wymienić w tym miejscu kilka ciekawych kierunków jakimi podążała muzyka (nie tylko elektroniczna), ale nie to jest celem niniejszej recenzji (nie mówiąc o objętości takiego „spisu-tekstu”). Wspomnę tylko, że w historii muzyki mieliśmy do czynienia z wieloma eksperymentami brzmieniowymi, stylistycznymi, formalistycznymi, itd. itp. Takie terminy jak muzyka konkretna, punktualizm, muzyka intuitywna, awangarda, muzyka kosmiczna to tylko niewielki fragment tego co się działo w przeszłości w obszarze, który obecnie jest nazywany muzyką elektroniczną.

Jednak mimo wielu możliwości i rozleglej muzycznej przestrzeni fazowej* trudno jest wymyślić coś nowego i intrygującego. Większość kompozytorów wpada w „przetarte szlaki”, powtarza (często nieświadomie) rzeczy, które miały już miejsce w bliższej lub dalszej przeszłości. Na szczęście nie ma na świecie człowieka, który poznałby wszystkie muzyczne obszary (o czym niedawno się przekonałem osobiście rozmawiając z pewną obeznaną w muzyce osobą, która o muzyce elektronicznej po raz pierwszy usłyszała ode mnie) i można natrafić na mniejsze lub większe ciekawostki. W tym kontekście płyta pod intrygującym tytułem Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów (zespołu o nie mniej intrygującej nazwie – Dziecka) może okazać się dla pewnej grupy słuchaczy całkiem miłym zaskoczeniem.

a2677935275_2

Wbrew tytułowi wydawnictwa nie mamy w tym przypadku do czynienia z odgłosami natury tylko z twórczością, którą w przeszłości określano mianem awangardy. Niestety dziś taką twórczość często „wrzuca się do worka” z napisem ‚ambient’ i to bez szczególnego zastanowienia. Czy słusznie? Zdania będą z pewnością podzielone.

Na płycie odnajdziemy zmiksowane brzmienia, które niekoniecznie skojarzą się bezpośrednio z muzyką elektroniczną. Stylistyka poszczególnych kompozycji jest zróżnicowana. Odnajdziemy klimaty rodem z nowej elektroniki, ambientu i gatunków nieelektronicznych (brzmienia jednak są uzyskiwane za pomocą techniki samplingu). Taka mieszanka niesie ze sobą niecodzienne wrażenia. Momentami wydaje się nawet, że twórcy powrócili niejako do korzeni muzyki elektronicznej. Korzeni nierozerwalnie związanych z poszukiwaniami twórczymi i eksperymentem. Niektóre kompozycje mogą przywoływać na myśl awangardowe dokonania zespołu Kraftwerk z lat 70-tych XX wieku (np. z płyty Radio-Activity). Na płycie znajdziemy też utwory mniej eksperymentalne, ciążące ku klasycznemu ambientowi. Nie jest to jednak żadna ujmą dla całości produkcji. Niecodzienne tytuły kompozycji wzmagają wrażenie, że mamy do czynienia z eksperymentem. Moim zdaniem eksperymentem udanym.

Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów nie należą do szczególnie oryginalnych przedsięwzięć. Jednakże na tle innych podobnych produkcji wypadają całkiem jasno. Powinny zadowolić nie tylko niejednego miłośnika ambientu, ale też słuchaczy poszukujący wśród dźwięków generowanych sztucznie czegoś nowego, świeżego.

 

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

 

*przestrzeń wszystkich możliwych stanów w jakich może znajdować się badany układ (np. w oktawie bez półtonów jest 8 dźwięków, więc przestrzeń fazowa obejmuje ponad 40 tysięcy możliwych stanów)

 

Dziecka
Wielkopowierzchniowe odgłosy lasów
styczeń 2014

http://dziecka.bandcamp.com/album/wilekopowierzchniowe-odg-osy-las-w
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka, recenzje płyt

 

Bez elektronicznych gadżetów.

27 lut

Stefan Wesołowski, urodził się 1985 – kompozytor, skrzypek, recenzent muzyczny. Studiował w Akademii Muzycznej w Gdańsku oraz Académie Musicale de Villecroze we Francji.

Nie mam nic przeciwko muzyce elektronicznej. Jestem jej miłośnikiem, choć nie wszystkie jej odmiany przypadają mi do gustu. Jednak niektóre rzeczy dość mocno mnie denerwują. Szczególnie „podnosi mi ciśnienie” silenie się coraz większej liczby twórców (przeważnie młodych i wspieranych przez media głównego nurtu) na artyzm, kiedy większość pracy (o ile nie cała) jest wykonywana za nich przez technikę (i dotyczy to nie tylko muzyki elektronicznej). Technikę reprezentowaną przez predefiniowane w instrumentach beaty, rytmy, pętle, itp. nie wspominając o czyszczonych cyfrowo głosach wokalistów. Coraz częściej nie trzeba umieć grać (i znać się na tym), by coś stworzyć. Czy jednak taka „twórczość” jest godna uwagi? Nie sądzę. Jakość artystyczna będzie marna, a powtórzeń się nie uniknie. Szkoda tylko że przy tej okazji „giną w tłumie” artyści ambitni i godni uwagi.

W związku z powyższym ciśnie się na usta pytanie, czy w czasach wszechobecnej papki muzycznej (nie tylko elektronicznej) jest miejsce dla ambitnych przedsięwzięć? Zdecydowanie jest i jak pokazuje przykład Liebestod, nie musi to być muzyka elektroniczna. Bez elektronicznych gadżetów (lub ze śladowym ich wykorzystaniem) też można uzyskać intrygujące efekty. Efekty, które niejednemu słuchaczowi skojarzą się z… ambientem.

Na płycie znajdziemy tylko sześć nastrojowych kompozycji. Kompozycji poruszających się w mocno ambientowych, trochę mroczno-nostalgicznych, klimatach. Konstrukcja utworów i barwy jakie popłyną z głośników niejednemu słuchaczowi przywiodą na myśl niebanalne i wyszukane sample (technika samplingu jest obecnie tak mocno rozwinięta, że trudno odróżnić dźwięk naturalnego pochodzenia od sampli). Lektura okładki krążka rozwiewa jednak wszelkie wątpliwości. Utwory powstały przy użyciu klasycznych instrumentów dętych, smyczkowych i fortepianu z drobnym udziałem elektroniki (stanowi głównie tło). Mając tego świadomość, tym bardziej należy docenić kunszt artystów muzyków. Słychać, że Wesołowski inspiruje się klasyką. Na szczęście nie są to żadne wariacje na temat tylko indywidualne spojrzenie. Spojrzenie niezwykłe.

Tytuł Liebestod skojarzy się niektórym melomanom z twórczością Richarda Wagnera. Mi osobiście zawartość płyty przywołała z pamięci cykl audycji pt. Słuchajmy razem prowadzony przez Jerzego Joba w czwartki wieczorem w programie II Polskiego Radia w latach 80-tych XX wieku. W jednym z programów redaktor ów prezentował dokonania, które określił jako klimaty elektroniczne generowane przez instrumenty nieelektroniczne. To co proponuje słuchaczom Stefan Wesołowski (wraz z muzykami towarzyszącymi) jest idealnym przykładem takiej twórczości i to na bardzo wysokim poziomie.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©
(artykuł ukazał się pierwotnie na portalu Wywrota.pl)

 

Stefan Wesołowski
Liebestod
IMPREC397
Important Records 2013
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka, recenzje płyt

 

Wszystko jest muzyką.

30 sty

Bez ciemności nie wiedzielibyśmy co to światło. Bez ciszy nie wiedzielibyśmy co to dźwięki. Czym jest więc antymuzyka?

Żyjemy w takich czasach, że niemal wszystko rozmywa się w niekonsekwentnym, niedokładnym i pozbawionym elementarnej wiedzy nazewnictwie zjawisk. Liczy się tylko szybkość i zdobycie rzeszy odbiorców. Rzetelność ma coraz mniejsze znaczenie. Niestety ta tendencja nie omija muzyki, także tej elektronicznej. Mniejsza z tym, że granice międzygatunkowe ulegają zatarciu, a same gatunki ulegają wymieszaniu. Denerwuje mnie jednak bezkrytyczne przypisywanie pewnych terminów do mało ambitnej muzyki. Tak jest z ambientem.

Ambient znaczy otaczający. Twórcy tego terminu (Brian Eno, lata 70-te XX wieku) chodziło o tworzenie muzyki z szerokim wykorzystaniem dźwięków z otaczającego świata. Z czasem termin nabrał szerszego znaczenia i zaczął oznaczać także muzykę eksperymentalną, minimalistyczną i awangardową, często pozbawioną wyraźnie wyodrębnionego rytmu, wręcz spokojną. Ta ostatnia cecha powoduje, że nagminnie spotykamy się z przypisywaniem do ambientu kompozycji po prostu spokojnych, uspokajających ale nie mających z tym gatunkiem nic wspólnego.

DigitalsimplyWorld na płycie Tout devient la musique (Wszystko staje się muzyką) sięga niejako do źródeł ambientu. Kompozytor stara się w zgromadzonym materiale odpowiedzieć na pytanie co to jest antymuzyka. Najlepiej będzie jak oddam głos artyście.

„[…] Antymuzyka jest zbiorem dźwięków, które podane w sposób zwyczajny, naturalny są częścią świata, którego nie postrzegamy jako muzyki, wręcz przechodzimy obojętnie. […] Dźwięk przesuwanego krzesła jest antymuzyczny, lecz paradoksalnie podany w sposób muzyczny… staje się yin i yang w odpowiednim kontekście. [...]”

Tout devient la musique to mocno zróżnicowany album i niełatwy w odbiorze. Miłośnicy klasycznego ambientu odnajdą jednak wiele przyjemności w odkrywaniu zawartego na nim materiału. Eksperymenty dźwiękowe kompozytora nie są wprawdzie spektakularne, ale zestawienia barw i brzmień poruszą niejednego słuchacza. Każde słuchanie tej płyty to jak odkrywanie na nowo dźwięków i muzyki, której de facto nie uważamy za muzykę. Autor niejako udowadnia, że nawet szum może być muzyką (i wcale nie chodzi tu tzw. noise). Poszukiwania antymuzyki przez twórcę są według mnie jak najbardziej udane. Niestety mam obawy, że mniej wyrobieni słuchacze nie docenią wysiłku kompozytora, nie mówiąc o przesłaniu jakie niesie Tout devient la musique. Obym się mylił.

Muszę przyznać, że płyta zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jej poprawiona wersja z 2014 jeszcze bardziej je wzmogła. Do tego stopnia, że niemal do każdego utworu „skonstruowałem” klip. Kilka linków podaję niżej.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

Tout Devient La Musique

DigitalSimplyWorld 2013, remastered 2014


http://digitalsimplyworld.bandcamp.com/album/tout-devient-la-musique

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka, recenzje płyt

 

DSW „Utopia” – klipy video

21 gru

Kiedy pisałem recenzję tej płyty (tekst znajduje się  tutaj) nie sądziłem, że zrobię do niej więcej niż jeden klip video. Stało się inaczej. Płyta urzekła mnie na tyle, że zmontowałem dalszy materiał:

1. do utworu „Cosmic Ocean”

2. do utworu „Out of Darkness in Light”

3. do utworu „Light from the Sky”

i podejrzewam, że to jeszcze nie koniec.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii muzyka

 

DSW – „Utopia”

09 gru

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Muzyki elektronicznej słucham już niemal od trzydziestu lat. W tym czasie wiele kompozycji dotarło do mego ucha, poznałem twórczość niezliczonych artystów i zebrałem całkiem sporą wiedzę o tym gatunku muzycznym. Ubolewam jednak niezmiennie nad tym, że wyżej wymieniony termin jest nadużywany przez „znawców” muzyki, którzy chcąc się popisać swoją elokwencją, często okazują się ignorantami (choć pewnie sami o tym nie wiedzą). Takie mamy czasy. Łatwo jest coś powiedzieć lub opisać szybko, niedokładnie, bez zastanowienia i poznania źródeł. Ważne, aby być przed innymi „publicystami”. Nie jest to dziwne w dobie wszechogarniającej muzycznej popeliny i medialnego pędu, ale denerwuje. Z tego „szumu informacyjnego” trudno jest wyłuskać coś godnego zainteresowania i wysłuchania.

Wielu „artystów” muzyków dwoi się i troi w celu uzyskania popularności. Często przy tym podpierają się też terminem „muzyka elektroniczna” jakby to było jakieś panaceum na odpowiednie wylansowanie ich twórczości. Twórczości, która pozostawia wiele do życzenia. Przenosząc niejako z innego obszaru sztuki pewne powiedzenie „to nie aparat robi zdjęcia”, można powiedzieć, że w muzyce jest podobnie. Instrumenty to tylko narzędzie, które trzeba poznać i umiejętnie wykorzystać. Większości młodych twórców to się nie udaje. Mając to na względzie dziwne jest, że przebijają się do ogółu odbiorców. Kwestia poparcia odpowiednich gremiów? Być może. Jest to jednak temat na inny artykuł.

W Polsce jest obecna całkiem spora grupa ambitnych twórców. Twórców, których dokonań trzeba szukać na różne sposoby, bo nie przebiją się zbyt mocno do ogółu odbiorców. Za to muzyka jaką proponują zadowoli niejednego słuchacza i to nie tylko gustującego w dźwiękach generowanych sztucznie. Jeszcze całkiem niedawno tacy artyści wypalali płyty CD-R i rozprowadzali swoimi kanałami. Aktualnie króluje internet. I dobrze. Jednym z takich kompozytorów publikujących głównie w sieci jest artysta ukrywający się pod pseudonimem DigitalSimplyWorld. To polski artysta, który eksploruje obszary muzyki elektronicznej zwane ambientem. Jest muzykiem płodnym, a jego dokonania są dostępne gratis. Zapewne niejeden słuchacz pomyśli, że skoro gratis, to nie warte uwagi. Nic bardziej mylnego. Kolejne albumy i zawarte na nich kompozycje są coraz lepiej dopracowane, a ich warstwa instrumentalno-nastrojowa zadowoli nawet wybrednego miłośnika nie tylko klasycznego ambientu.

Utopia nie jest pierwszą płytą w dorobku DSW. Jednak to pierwszy album artysty, który postanowiłem opisać. Zawartość nie należy do rewolucyjnych. Tutaj ważną rolę odgrywa nastrój, a ten jest budowany nienagannie i konsekwentnie mimo dość krótkich kompozycji (w odróżnieniu od większości dokonań z ambientowego kręgu). I nie zrażajmy się dysharmonicznym otwarciem. Charakterystyczny dla gros kompozycji zawartych na płycie jest ich hipnotyczny rytm. Rytm nienachalny i niezbyt szybki. Rytm, który nie wybija się szczególnie spośród innych barw. Jednak bardzo ważny dla tworzonego, niepowtarzalnego klimatu tajemnicy pomieszanego z melancholią. Według mnie właśnie ten nastrój jest największym atutem płyty. Prawdopodobnie Utopia urzekła mnie właśnie z tego powodu.

Autor ma w swoim dorobku płyty, i ciekawsze, i lepsze. Z muzyką jest jednak tak, że nie wiadomo kiedy i jaka zagra na strunach duszy. Kompozycje DSW umieszczone na Utopii poruszyły mnie do tego stopnia, że zmontowałem nawet mały klip do jednego z utworów. Może to też wina panującej za oknem jesienno-zimowej aury? Któż to wie.

 

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

DigitalSimplyWorld
Utopia
listopad 2013

http://digitalsimplyworld.bandcamp.com/album/utopia
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt

 

Krzysztof Zimmermann „Waiting for an Answer”

26 lis
Krzysztof Zimmermann ukończył studia magisterskie w Akademii Muzycznej w Gdańsku. Obecnie mieszka w Göteborgu w Szwecji. PłytaWaiting for an Answer jest jego debiutem.

Definiowanie gatunków muzycznych ma swoje wady i zalety. Z jednej strony łatwiej odnaleźć interesującą nas twórczość, z drugiej spotykamy dziwne zbitki słowne, które wprowadzają niepotrzebny zamęt. Kiedy sięgnąłem po płytę Waiting for an Answer Krzysztofa Zimmermanna, spotkałem się z terminem „modern classic”. Czy to nowoczesna klasyka czy klasyczna nowoczesność? Nie będę podejmował się rozstrzygnięcia (osobiście termin ten uważam za sztuczny). Szczególnie, że w przypadku wymienionego krążka z głośników popłynie… ambient.

Płyta Zimmermanna dość wyraźnie dzieli się na dwie części. W pierwszych czterech kompozycjach przeważają sample charakterystyczne dla klasycznego ambientu wzbogacone minimalistyczną, budującą nastrój, dość „brudną” (jak ze zdartej płyty), barwą pianina. Utwór Street Crush może nieco zaskoczyć swoim początkiem, ale jest to bardziej urozmaicenie niż dysonans. Pozostałe kompozycje są nieco inne. Znikają klawiszowe nastroje, pojawiają się bardziej wyszukane eksperymenty i niecodzienne, chłodne, wręcz obce klimaty. Na koniec niejednego słuchacza urzeknie, nieco staromodny, zaśpiew… nad brzegiem morza. 

Waiting for an Answer ma swoistą właściwość, której notabene oczekuję od ambientu. Słuchając kompozycji przy pomocy słuchawek otwartych (tak aby docierały do uszu również dźwięki z otoczenia), można w pewnym zakresie mieć wpływ na kształt słuchanych kompozycji, a co za tym idzie na doznania. Zachęcam szczególnie do „eksperymentów” z utworem Departure 1 (z uwzględnieniem ruchliwego dworca kolejowego).

W klasycznym ambiencie zaś szeroko wykorzystuje się sample z otaczającego nas świata (np. z hal, dworców, ruch uliczny, itp.). Waiting for an Answer to niemal podręcznikowy przykład ambientu (szczególnie w swej pierwszej części). Nie ma tu szczególnych udziwnień ani zaskakujących eksperymentów. Może się wręcz wydawać, że krążek jest w jakiś sposób wtórny. Jest to jednak mylące wrażenie. Płyta Zimmermanna, jak każdy dobry ambient, niesie ze sobą swój własny oryginalny klimat.

 

Grzegorz Cezary Skwarliński © 2012
(artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl)



Krzysztof Zimmermann 
Waiting for an Answer 
FQP 010, 2012
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt

 

Aquavoice „Memories”

25 lis
Nie doceniamy polskich artystów, szczególnie w dziedzinie muzyki (nie mówiąc o muzyce elektronicznej). Wprawdzie pewna liczba twórców z tego kręgu tworzy na przeciętnym poziomie, ale nie oznacza to, że wszyscy. 
 Wielu polskich muzyków i kompozytorów osiąga światowy pułap (a nawet go przewyższa). Jednak w naszym kraju są prawie (lub wcale) niezauważani. Jeśli już główne media jakimś cudem „dokopią się” do takiego wartościowego artysty, to zaczynają się porównania (często nietrafione) z twórcami zza granicy, tak jakby nasi rodacy nie potrafili stworzyć czegoś własnego, bez większego lub mniejszego naśladownictwa. 

 
W tym miejscu skupię się oczywiście na muzyce elektronicznej, polu twórczości artystycznej, które jest mi najbardziej znane. Do artystów bardzo niedocenianych (i pomijanych) zaliczyłbym muzyka, kompozytora, dyrektora artystycznego Międzynarodowych Prezentacji Muzycznych Ambient w Gorlicach i… plastyka Tadeusza Łuczejkę, który swoje muzyczne obrazy kreuje od wielu lat pod pseudonimem Aquavoice. Jego płyta Memories z 2009 jest dowodem na to, że można stworzyć coś niezwykle interesującego bez czerpania z zagranicznych wzorców.
 
Na Memories znalazło się 12 kompozycji. Kompozycji różnych, częściowo znanych, ambientalnych. Napotkamy tu ciekawe, zaskakujące ale nienachalne eksperymenty dźwiękowe (np. rewelacyjne wykorzystanie sampli zdartej, kręcącej się czarnej płyty w Nostalgy). Odnajdziemy trochę mrocznych (Old ship), tajemniczych (Labirynth) i chłodnych (North) klimatów, a klasyczny ambient w Autumn mile zaskoczy. Wszystko, okraszone nienachalnymi barwami i samplami rodem z nowej elektroniki, układa się w wielowątkową opowieść z bliżej nieokreślonego miejsca. Wspomnienia z nieznanego świata. Mimo różnorodności zgromadzonych na krążku kompozycji całość jest zaskakująco spójna. Dwa utwory pochodzą wprawdzie z wcześniejszej płyty artysty Electronic Music (Labyrinth i Dancing snowflakes), ale nie wpływa to na ogólny odbiór (no może z wyjątkiem chill-outowego Dancing snowflakes, który moim zdaniem nie pasuje swoim nastrojem do pozostałych).
Uwzględniając dokonania z przeszłości słychać, że Aquavoice ciągle poszukuje. Poszukiwania nie idą tylko w jednym ambientalnym kierunku. Jednakże ten właśnie kierunek jest moim zdaniem najlepiej opanowany przez artystę. Kolejne podróże tą drogą mogą się okazać tak samo niezwykłe (może nawet bardziej) jak do tej pory. 
Grzegorz Cezary Skwarliński © 2012
(artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl) 

Aquavoice

Memories
GEN CD 011, 2009
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii recenzje płyt